134

Ostateczny argument za „elektrykiem”? Odpowiedzią jest niezawodność

Załóżmy, że mam 250 tysięcy już dzisiaj i mogę sobie kupić dowolny samochód. Co by tu kupić? Przywiązany jestem jakąś niezrozumiałą miłością do silników spalinowych. Dźwięk takiego V8, ewentualnie R5 od Volvo (a i tak korzystam z R6...) kręci mnie jakoś bardziej niż elektryfikacja pojazdów osobowych. Co innego, gdy rozmawiamy o niezawodności zestawiając jednostki elektryczne i spalinowe.

Gdybym miał 250 tysięcy do wydania na cokolwiek, to pewnie nie brałbym niczego od Volskwagena. Omijałbym te auta szerokim łukiem (właściwie całego VAG-a) – nie dlatego, że ich nie lubię. Chodzi mi tutaj o motory, których istnienia (poza zjawiskiem downsizingu) nie rozumiem. Spójrzmy na taki 1.0 TSI z 115 koniami mechanicznymi. Ile to pojeździ? Czy zobaczę kiedykolwiek na wyświetlaczu więcej niż 400 tysięcy kilometrów przebiegu? A może silnik prędzej wyzionie ducha i uda się do krainy wiecznego cruisingu po autostradzie?

Czytaj więcej: Ford Mustang Lithium – piękny, prawda?

Spaliniak vs elektryk – z korzyścią dla elektryka

Silnik spalinowy, czyli taki jak lubię musi mieć mechanizm korbowo-tłokowy – to bardzo skomplikowana, nie do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika konstrukcja. Wszystko musi tam działać idealnie – w przeciwnym wypadku albo jednostka nie pracuje tak jak trzeba, albo… po jakimś czasie udaje się do wspomnianej już wcześniej krainy wiecznego cruisingu. Silnik elektryczny to natomiast stojan i wirnik – w dalszym ciągu nie są to urządzenia szczególnie dobrze znane przez „zwykłego śmiertelnika”, aczkolwiek znacznie prościej jest wytłumaczyć zasadę działania „elektryka”. Na pewno taki silnik jest mniej skomplikowany niż spaliniak. Przyjmijmy, że dzięki temu ma szansę na wyższą trwałość. I nie jest to założenie, które wyciągnąłem z kapelusza.

Serwis Consumer Reports, bazujący zresztą na prawdziwych opiniach użytkowników wskazuje, że pojazdy elektryczne charakteryzują się znacznie wyższą niezawodnością niż spalinowe odpowiedniki, co potwierdza moją tezę. Niemniej, muszę przyznać, że jest ich jeszcze zdecydowanie zbyt mało, by jednoznacznie o tym mówić. Warto by było znaleźć również długodystansowe porównanie wariantów: spalinowych oraz elektrycznych tego samego modelu. Wiele mówi się jednak o tym, że z całą pewnością, motory elektryczne są w stanie jeździć bardzo, bardzo długo bez żadnych awarii, przy bardzo ograniczonym serwisowaniu (znacznie prostszym niż w przypadku pojazdów spalinowych). Może się więc okazać, że koszty eksploatacji takiego pojazdu są znacznie niższe niż „tradycyjnego” odpowiednika. Super – „paliwo” tańsze, koszty mniejsze… nic tylko brać. Tylko ceny na razie są „takie sobie”.

Tak, trwałość to jedna z rzeczy, które mogą mnie przekonać

Bo wiecie, uwielbiam samochody trwałe. Dobre, trwałe i funkcjonalne. Dlatego właśnie codziennie ujeżdżam niewysilony silnik R6 od Volvo i choć klnę go za ponadprzeciętny apetyt na paliwo, szczególnie w mieście, tak za każdym razem nie boję się, że „nie dojedzie”. Jeżeli tylko wszystkie płyny będą na swoim miejscu, na pewno dojedzie. Bardziej boję się o automatyczną skrzynię biegów, która akurat w tym modelu lubi się kosztownie popsuć.

A, przecież pojazdy elektryczne mają znacznie bardziej uproszczone skrzynie biegów… pełen zakres momentu obrotowego „od spodu” to coś, czego nie uda się uzyskać nawet w najbardziej napompowanym benzyniaku lub dieslu. Fizyki nie przeskoczymy, silnik elektryczny pod tym względem bije spaliniaki na głowę. Mechanizm dotyczący przełożeń to kolejny punkt, w którym „elektryk” wygra – zarówno komfortem jak i niezawodnością.

Elektryki (jeszcze) nie wygrywają natomiast ceną, ale to może się na przestrzeni najbliższych lat zmienić. Coraz więcej producentów wprowadza do swoich gam warianty elektryczne; poprzednie modele, szczególnie Tesli są chwalone za ogólne cechy dedykowanych im motorów (owszem, znajdą się przypadki potężnych fakapów). Ale, jeżeli w ogólnym rozrachunku, silnik elektryczny ma się równać większej niezawodności – biorę to. I ewentualnie, ale zadowolę się rykiem silnika benzynowego z głośników, co by się piesi nie pakowali bez sensu pod koła.