27

Unikałem tego serialu, teraz nie mogę się oderwać – biję się w pierś

Nadrabianie zaległości dawno nie sprawiało mi tyle przyjemności. Jestem w około połowie dystansu do aktualnie emitowanego 5. sezonu i choć chcę być jak najszybciej na bieżąco z nowymi odcinkami, to jednocześnie wolałbym by ich wcale nie ubywało.

Jako fan DC Comics straszliwie ubolewam nad słabiutką formą kinowego uniwersum, które miewało więcej upadków niż wzlotów. Nowa strategia Warner Bros. nikogo nie zaskakuje – studio skupia się na tym, by każdy z pojedynczych filmów był jak najlepszy, nie martwiąc się za bardzo o powiązania z innymi produkcjami i budowanie wspólnego świata dla każdego z nich. Gdy próbowano to robić, efekty były niestety mizerne. Niejako niezależne „Wonder Woman” i „Aquaman” wypadły o niebo lepiej od nadmuchanych „Batman V Superman” i „Liga sprawiedliwości„. Muszę jednak przyznać, że elementem nadającym tym tytułom nieco kolorytu była postać Flasha. Oprócz tego, że pojawił się w tych filmach i wprowadził odrobinę humoru, trudno powiedzieć o jego udziale cokolwiek więcej, ale za każdym razem zaznaczałem: nakręćcie film tylko o nim!

Niezależnie od tego, czy DC i Warner Bros. wykorzystają jeden z najbardziej charakterystycznych tricków Flasha, czyli możliwość wykreowania innej linii czasowej (Flashpoint), która to miałaby pozwolić na zmianę aktorów wcielających się w Batmana czy Supermana, na solowy film Flasha jeszcze poczekamy. W związku z tym, postanowiłem sięgnąć po te produkcje, które są już dostępne. Pierwszy w kolejce był serial „The Flash” z 1990 roku, który (ledwo) pamiętam z telewizji. Niektóre sceny na stałe utknęły mi jednak w pamięci i z niemałą nostalgią wspominam tamte seanse. Dziś, by zobaczyć klasycznego Flasha trzeba mieszkać w jednym z krajów, gdzie serial dostępny jest w usługach VOD albo został wydany na DVD. Mnie udało się zdobyć wydanie fizyczne na płytach i powtórka była bardzo przyjemnym przeżyciem. Ale wtedy nabrałem ochoty na coś innego.

Mowa oczywiście o serialu „The Flash” z 2014, za którym stoi stacja The CW produkująca również „Arrow”, „Supergirl” i „Legends of Tomorrow”. Niedługo po premierze tego Flasha, odbiłem się od serialu po zaledwie 3 odcinkach. W moim przekonaniu coś było z nim nie tak. Coś nie pozwalało mi przebrnąć przez kolejny epizod i do tej pory nie wiem, co mnie aż tak irytowało, dlatego jeśli miałbym strzelać to prawdopodobnie była to infantylność tej produkcji. Nie żeby Flash z 1990 roku czy komiksy były wyjątkowo poważne, ale czułem się w trakcie oglądania trochę niekomfortowo.

Serialem przestałem się interesować na dłuższy czas, dlatego zanim się obejrzałem, w amerykańskiej telewizji zadebiutował 5. sezon. Jeśli nie cieszyłby się odpowiednią oglądalnością, to nie przetrwałby tak długo, nie w dzisiejszych czasach – pomyślałem i sprawdziłem, czy i gdzie można obejrzeć w Polsce coś więcej, niż 1. sezon. Netflix ma aktualnie w swojej ofercie dokładnie trzy, więc to daje szansę na wyrobienie sobie nowego zdania. Jestem na początku 3. sezonu i ostatnie tygodnie „The Flash” jest pierwszym serialem, jaki wybieram w wolnym czasie.

Naturalnie, że wynika to przede wszystkim z dwóch rzeczy: ochoty poznania dalszych losów postaci, które lubię oraz to, jak łatwy jest w odbiorze. Każdy odcinek to swego rodzaju lekcja dla najszybszego człowieka świata, który zyskał swoje moce po (nie tylko) uderzeniu piorunem. Każdy odcinek miewa zabawne i emocjonalne momenty. Prawie każdy odcinek kończy się tak, by widzom nie udało się oprzeć pokusie włączenia kolejnego.

Oczywiście nie brakuje tu szeroko pojętych głupotek czy uproszczeń, ale jednocześnie zaskoczyło mnie, jak zgrabnie rozpisana została główna linia fabularna, w której Barry Allen (wreszcie wymieniłem to imię i nazwisko) musi mierzyć się z poważnymi przeciwnikami lub samym sobą (ależ to zabrzmiało). Oczywiście, że kreacje niektórych meta-ludzi powodują szeroki uśmiech na twarzy zamiast strachu i pokory, bohaterowie przebywają w ciągle tych samych miejscach (oszczędność na scenografii), a niektóre efekty specjalne przypominają początek lat 2000. Ale w tych najważniejszych momentach, gdy chodzi o emocje, klimat i wyciąganie wniosków z tego, co się działo do tej pory,  serial prawie nigdy nie zawodzi. A tak przynajmniej jest do początku 3. sezonu. Nie odnoszę jak na razie wrażenia, że oglądam w kółko to samo, a spora część przeniesionych na ekran wydarzeń z komiksów wygląda po prostu fajnie. Nie jest to nic wybitnego – nie odbierajcie tak tego – ale zachowanie odpowiedniego balansu, pomiędzy niezręcznymi momentami, a świetną obsługą fanów jak na razie się udaje.

Nie da się ukryć, że sytuacja staje się coraz bardziej pogmatwana, a w grę wchodzą teraz także coraz częstsze cross-overy, czyli odcinki łączące w sobie wydarzenia i bohaterów z innych seriali opartych na komiksach DC, jak „Arrow” czy „Supergirl”. Fani komiksów też otrzymają coś nowego, bo choć twórcy garściami wykorzystują napisane już historie i stworzone postacie, to nie brakuje tu (poważnych) zmian.

Jeszcze chwila i dobrnę do ostatniego dostępnego na Netflix odcinka, co sprawi, że w mgnieniu oka dołączę do oczekujących na nowy sezon, którzy stale dopytują o plany dodania kolejnych sezonów. Oby jak najszybciej!

Zdjęcia: IMDb