18

Secret Service – tytuł, który podzielił kraj

Doskonała inicjatywa, wspaniały comeback, reaktywacja legendy czy skok na kasę, chamski wyzysk i złodziejstwo w biały dzień? Powrót Secret Service podzielił kraj równie mocno, jak wojny PO-PiS. Tym samym stał się bodaj największym socjologicznym fenomenem ostatnich miesięcy. Pozwolę sobie na mały komentarz jako człowiek oskarżany o udział w spisku i wynoszenie walizek pieniędzy… Jak to […]

Doskonała inicjatywa, wspaniały comeback, reaktywacja legendy czy skok na kasę, chamski wyzysk i złodziejstwo w biały dzień? Powrót Secret Service podzielił kraj równie mocno, jak wojny PO-PiS. Tym samym stał się bodaj największym socjologicznym fenomenem ostatnich miesięcy. Pozwolę sobie na mały komentarz jako człowiek oskarżany o udział w spisku i wynoszenie walizek pieniędzy…

Jak to z moim udziałem w zbrodni było

Pewnego pięknego dnia (prawdę mówiąc, wieczorem) zadzwonił telefon. Po drugiej stronie kabla odezwali się spiskowcy. Rozmowa była prosta, propozycja klarowna. Otóż panowie wpadli na ryzykowny, ale ambitny pomysł wydania czasopisma o grach. Nie kolejnego jednak powielającego utarty wzorzec, lecz wnoszącego nową jakość, nowe rozwiązania i szersze spojrzenie. Pismo miało pojawić się podczas Poznań Game Arena.

Jaki miał być w tym mój udział i za co te walizki pieniędzy? Otóż zaproponowano mi, bym do inauguracyjnego numeru napisał artykuł. O czym? Tego jeszcze zdradzać nie będę, ale i jest to nieważne w kontekście samej opowieści. Stawkę, jaką mi zaproponowano, uważałem i uważam za bardzo porządną, ale jednocześnie jest to kwota, za którą większość osób krytykujących comeback Secret Service nie kiwnęłaby palcem. Jeśli wciąż żyjecie w przekonaniu o bajecznej kasie dziennikarzy, to wyłączcie swoje silniki – kryzys w mediach nastał znacznie wcześniej niż ten ogólnoświatowy gospodarczy. Podaż mediów przewyższa popyt, więc dziennikarze, kiedyś paniska, dziś przędą na głodowych racjach. C’est la vie.

Propozycję więc przyjąłem. Czy wiedziałem, że chodzi o Secret Service? Nie, tego prawdopodobnie nie wiedział na początku nikt poza pomysłodawcą, który zachował tajemnicę do końca. Umowa, którą podpisałem, również nie zwierała żadnych odniesień do rzeczonego tytułu. Nic więc w tym dziwnego, że gdy usłyszałem o reaktywacji Secret Service, ucieszyłem się (choć sam wychowałem się na tytułach wcześniejszych – Bajtku i Komputerze), ale kompletnie nie skojarzyłem faktów, uznając a priori, że natłok imprez growych i całkiem udanych zinów okolicznościowych musiał zmultiplikować ideę powrotu do druku. Jakże więc byłem zdziwiony, gdy przywitano mnie na pokładzie SS!

Skok na kasę

Gwałtowna (to chyba najlepsze określenie) akcja związana z powrotem Secret Service uderzyła w środowisko niczym dobrze naostrzona siekierka. Jak zawsze przy podobnych okazjach, uaktywniły się środowiska spod znaku „nie znam się, więc się wypowiem”.

Robertowi Łapińskiemu i Piotrowi Mańkowskiemu zarzucono skok na kasę, stosunek analny z czytelnikami i Bóg wie, co jeszcze. A to wszytko, co znajdziecie w sieci, to mało, bo przecież trzeba dodać, że inicjatorzy pomysłu zostali zasypani elektroniczną korespondencją od, niespodzianka!, anonimów grożących, plujących i defekujących na inicjatywę. Sam Mańkowski napisał mi w mailu takie oto znamienne zdanie:

Ja od kilku lat ceniłem sobie spokój, pisałem scenariusze, wychowywałem synka… A teraz…

No właśnie. Z drugiej jednak strony zbiórka funduszy na reaktywację Secret Service okazała się największym sukcesem crowdfundingu w Polsce! Zebrać 100 tysięcy w dobę, to jest wyczyn, który potwierdza też, jak wysoki kredyt zaufania otrzymali Łapiński i Mańkowski. Kredyt, którego udzieliłem Im również ja jako osoba prywatna, kompletnie nie zdając sobie sprawy, że sam mam swój skromny udział w tym przedsięwzięciu.

Wiadomo jednak, że żyjemy w kraju, w którym tradycją narodową jest podcinać skrzydła każdemu, komu się uda. Jeszcze w latach osiemdziesiątych śpiewał o tym zespół Lady Pank:

Wczoraj skoczyłem, miałem skrzydła jak ptak
Raz jeden w życiu każdy chyba to czuł
Ktoś nagle krzyknął: „Tak to każdy by chciał!”
Coś pochwyciło i ściągnęło mnie w dół

Czy zarzuty i obawy krytyków i krytykantów są uzasadnione? Obawy zapewne tak – myślę, że i sami inicjatorzy projektu drżą przed porażką, ale też dzięki temu starają się trzy razy bardziej. Póki nie otrzymamy pierwszego egzemplarza, trudno będzie powiedzieć, czy projekt do końca wypalił, ale ujawniany sukcesywnie skład redakcji wróży zdecydowany sukces. Nie mówię tu o sobie, ale spójrzcie – dziś właśnie ogłoszono, że będzie do SS pisał Mirek Filiciak, a tego pana przedstawiać nie trzeba.

A zarzuty? Nie spotkałem choć jednego, z którym warto by dyskutować, jednak niejako z obowiązku przytoczę tu kilka z nich.

Spłacanie długów starej spółki

Powstał nawet fanpage temu zarzutowi poświęcony. Znajdziecie tam kilka różnych teorii spiskowych, z których jedna jest głupsza od drugiej. To, że Łapiński kupił (czy w inny sposób nabył) prawa do tytułu, nie oznacza, że ma to cokolwiek wspólnego z dawną spółką i jej długami. A jeśli dziwi Was reaktywacja, to włączcie telewizor lub przejdźcie się do najbliższego sklepu – czy nazwa Frugo coś Wam mówi? No właśnie. Sprzedaż i kupno praw to najzwyklejsza praktyka rynkowa.

Dość powiedzieć, że pierwszą firmą, która miała prawa do „egranizacji” Wiedźmina, była spółka Metropolis Software House, która najpierw kupiła je od Sapkowskiego, a potem sprzedała CDP. Czy dziś ktokolwiek mówi, że CDP dokonało skoku na kasę, by spłacać długi Metropolis? Ludzie, ogarnijcie się…

Oni na tym zarobią!

Ha, oto zarzut godzien pucharu za suchar. Łapiński i Mańkowski za swoją ciężką pracę chcą pieniędzy! Toż to skandal! Bo przecież wszyscy pracujemy dla idei i rezygnujemy z należnych nam poborów, względnie oddajemy je na domy dziecka, a żywimy się i odziewamy marzeniami…

Zarzut, że twórcy pomysłu chcą na nim zarobić, jest tak głupi, że ciężko to skomentować. Oczywiście, że chcą i mają do tego prawo! Po to wymyślane są startupy, rejestrowane firmy, reaktywowane różne pomysły, by je zmonetyzować, ale korzyść jest obustronna – wszak konsumenci kupują określoną zawartość, określoną jakość.

Mało tego, mówi się otwarcie o tym, że to skandal, iż twórcy zebrali pieniądze, a jednak będą pismo sprzedawać. A co ma piernik do wiatraka? Nie chcesz płacić? Nie płać. Nie chcesz kupować SS? Nie kupuj. Możesz też nie dorzucać się do crowdfundingu, a pismo przeczytać potem u kogoś, kto je kupił. Nikt Ci niczego do ręki nie wciska. A co do samej sprzedaży detalicznej – tylko osoba, która przyleciała wczoraj z Marsa, nie wie, iż ze sprzedaży czasopisma najczęściej nie zwraca się nawet koszt samego druku.

Wypaczenie idei crowfundingu

Ten zarzut z kolei jest makabrycznie przekombinowany. Nie można mówić, że pomysł zgodny z regulaminem systemu crowdfundingowego, jest wypaczeniem idei. To bzdura. Mańskowski i Łapiński postanowili wskrzesić dawne pismo o grach. Poprosili o pomoc potencjalnych czytelników. Wsparcie otrzymali chociażby od samego Adriana Chmielarza, mimo iż nie był On nigdy wielkim fanem SS. A jednak przyznał On twórcom kredyt zaufania. Gdzież więc tu jakiekolwiek wypaczenie?

Reasumując

Prawda jest zawsze ta sama – chodzi o pieniądze (i zazdrość). Uznaje się, że rynek czytelniczy to tort, który dzielony jest na kawałki przez wydawców. Im chętnych więcej, tym mniejsze kawałki. Nowy gracz na rynku to więc teoretycznie mniejsze przychody dla pozostałych. Nikt jednak nie powie tego wprost, bo przecież, jak sobie już powiedzieliśmy, nikt nie pracuje dla pieniędzy.

Zabawne jest to, jak wielkie koło zatoczyła historia. Kiedy gwałtownie rozwinęła się sieć, media drukowane przypuściły atak na Internet, bojąc się o swój status quo. Teraz to Internet psioczy na nowe pismo drukowane. A przecież, na litość Cthulhu, to kwartalnik! Ileż walizek z pieniędzmi mogą z tego wynieść Łapiński i Mańkowski? Przeliczcie sobie, a przekonacie się, że fortuny nikt tu nie zarobi. Ale nawet jeśli obalimy mit o skoku na kasę, pozostanie zazdrość. A na to już nie ma silnych…

Mieszkam w Polsce – to widać, słychać i czuć.

Pisane nad wodą, w słońcu, na plaży, z dala od hejtu…