Internet

Reklamy na urządzenia mobilne można robić mądrze. Ale mało kto tak robi...

JS
Jakub Szczęsny
8

Wiem, to zawsze ciekawie wygląda, gdy człowiek, który poniekąd "żyje z reklam" w internecie mówi o tym, że go denerwują. Ale bądźmy szczerzy, na Antywebie reklamy nie są szczególnie intruzywne i spory w nich udział ma reklama natywna - taka, która nie polega jedynie na umieszczeniu bannera, nieco ambitniejsza, mająca pewną wartość dla Czytelnika.

Miejsce, w którym uczyłem się nie tylko pisania, ale również podejścia do kwestii monetyzacji mediów ukształtowało moje poglądy bardzo mocno. Na Antywebie elementem kultury organizacyjnej było przywiązanie do reklam natywnych. Owszem, te tradycyjne również się u nas pojawiają, jednak nacisk kładzie się na bardziej angażujące Czytelnika formy. Co więcej, są one mniej intruzywne od nieprzyjemnych popupów, czy zwyczajnie ogromnego nagromadzenia treści sponsorowanych w polu widzenia konsumenta.

Urządzenia mobilne mają to do siebie, że ich obsługa jest specyficzna. Użytkownik dysponuje znacznie mniejszą przestrzenią roboczą niż w przypadku komputera. Co gorsza, w przypadku nieco słabszych urządzeń mobilnych, problemem może być wczytywanie się stron (a raczej doczytywanie treści, których na m. in. portalach horyzontalnych jest coraz więcej). Mieliście kiedykolwiek tak, że próbowaliście po otworzeniu takiego serwisu wejść w konkretny link, ale w ostatnim momencie całość "przeskakiwała" i klikaliście w nie to, co chcieliście... albo co gorsza, w reklamę?

Napchajmy stronę reklamami - będzie dobrze

Strony internetowe spuchły nie tylko ze względu na reklamy, ale również na "stałe elementy" takie jak konieczność zatwierdzenia ustawienia plików cookies, polityki prywatności i innych. Do tego, większość poważnych serwisów zaprosi Cię do newslettera, albo do włączenia powiadomień o nowych treściach. Wiecie, czasami zanim przejdzie się do właściwego, niezaburzonego niczym czytania, może minąć sporo czasu. A to irytuje - internet jest akurat miejscem, w którym chcemy mieć dostęp do informacji natychmiast. Jeżeli trwa to dłużej, irytujemy się. I to jest zupełnie naturalne. Tempo życia wymusza od nas zachowania, wedle których staramy się skonsumować jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. To implikuje również problem z weryfikacją przeczytanych materiałów - nie mamy czasu na to, by ocenić, czy dana wiadomość opiera się na faktach. To z kolei prowadzi do tego, że w sieci można siać fejkami do woli. Ale nie o tym dzisiaj mowa.

Wpadając po raz kolejny na serwis, na którym byłem wcześniej - nie jest może tak źle. Nie będzie wyświetlało się powiadomienie o konieczności zatwierdzenia plików cookies, ale zdarza się, że pomimo moich oporów, strona chce mi wcisnąć powiadomienia. Nie, nie chcę ich. Jak będę chciał, to zajrzę. A może newsletter? A zapisz się pan na webinar? To nie jest jednak wszystko, co mnie irytuje w obecnie tworzonych stronach, szczególnie tych nastawionych na rozstrzelanie nas newsami.

Czytaj również: Możesz sobie klikać ile chcesz, a reklamy i tak swoje

Wchodzisz na stronę, a tam... kakofonia

Szczerze, chyba to najbardziej irytująca rzecz, na jaką można natrafić w internecie. Podnosiłem tę kwestię już... kilka lat temu, kiedy to standardem na popularnych serwisach stało się umieszczanie materiałów wideo. Oczywiście, nie wystarczy wrzucić kilku okienek z krótkimi filmami na stronę - trzeba je również opatrzyć reklamami. Wszystko to w oparach atrybutu "autoplay", gdzie wszystko uruchamia się automatycznie, nierzadko bez wyciszenia. Skutkuje to tym, że użytkownik "na dzień dobry" jest rozstrzeliwany jazgotem dobiegającym z głośników. Fakt, większość przeglądarek radzi sobie z tym faktem, ale w dalszym ciągu istnieją ludzie, którzy zwyczajnie modyfikują ustawienia przeglądarek i nie chcą blokować filmów z atrybutem "autoplay", albo nie chcą automatycznego wyciszania każdego wideo.

Zanim przebijesz się do docelowej treści (a bardzo często zdarza się tak, że po prostu chcesz jedynie coś przeczytać...), musisz przebić się przez kilka filmików, przez kilka reklam i dopiero możesz przejść do konsumpcji. Co gorsza, na niektórych stronach, wideo zasłania część przestrzeni służącej do czytania treści. Wszystko w imię jak najlepszej ekspozycji materiałów sponsorowanych, za które przecież płacą reklamodawcy. A ci wymagają.

Co z tymi adblockerami?

A teraz będzie odrobinę kontrowersyjnie, bo to zawsze dziwne czytać o pracowniku mediów, który nie ma nic przeciwko włączaniu adblockerów. Zamiast myśleć jedynie o tym, co tracą media na wykorzystaniu takich programów w trakcie surfowania po internecie, zastanawiam się nad tym, dlaczego w ogóle adblockery się pojawiły. Skoro ktoś o nich pomyślał i je stworzyć, to miał ku temu dobry powód. A tym powodem najpewniej był fakt, iż niektóre witryny internetowe po prostu przeginały z umieszczaniem reklam u siebie, co irytowało użytkowników.

Czytaj więcej: Stories trafiają także do Spotify. To już zaczyna być męczące

I jeśli mam być szczery, nie mam nic przeciwko adblockerom w momencie, gdy korzystamy z nich z intencją "ukarania" niektórych stron internetowych nie tyle za pazerność (bo zarabianie pieniędzy to potrzebna i dobra rzecz), ale za pominięcie w procesie monetyzacji... Czytelnika. To właśnie dzięki niemu mamy co włożyć do gara, zapłacić pracownikom i tak dalej. W trakcie owej monetyzacji nie można zapominać o jego komforcie korzystania z witryny, a niestety - w ostatnim czasie, szczególnie na urządzeniach mobilnych ów czynnik się pomija.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: