110

Obserwuję przymiarki do reformy edukacji i napiszę wprost: źle to wygląda

Ministerstwo Edukacji Narodowej przygotowuje reformę, która ma być totalna i prawie natychmiastowa. Znikną gimnazja, wróci stary system, ale w odświeżonej formie. Chociaż, gdy przyglądam się niektórym zapisom w projekcie zmian, mam wrażenie, że o odświeżaniu nie ma tu mowy, raczej cofamy się w czasie. Jest kilka pozytywów, lecz sporo spraw może wzbudzać negatywne emocje i wymaga konsultacji. Niestety, na te nie przewidziano kilku kwartałów, miesięcy czy nawet tygodni - do dyspozycji jest kilka dni...

Reforma edukacji na Antyweb? Tak, bo to od poziomu edukacji w dużym stopniu zależy świat nowych technologii. Zgodzę się ze zdaniem, na które trafiłem na stronie MEN „Kształcenie w szkole podstawowej jest fundamentem wykształcenia”. A to właśnie od wykształcenia jednostek i ogółu zależy, jak szybko będzie się zmieniał nasz kraj. Nie jesteśmy państwem atrakcyjnym dla przybyszów, nie dostaniemy zastrzyku wykształconych kadr, na jaki mogą liczyć np. USA czy Wielka Brytania, trzeba sobie radzić na własną rękę. Tymczasem zapoznając się z dokumentami przygotowywanymi przez ministerstwo, w mojej głowie kołatała myśl, że to nie zmierza w dobrym kierunku.

Zacznę od plusów. Z pewnością pozytywnym zjawiskiem będzie nauczanie języka obcego od pierwszej klasy podstawówki. Kilka lat później dojdzie drugi język obcy. Słusznie, bo bez tego trudno sobie poradzić w dzisiejszym świecie. Branża nowych technologii stanowi tu sztandarowy przykład, bez angielskiego nie ma szans zdziałać zbyt wiele – zarówno jako przedsiębiorca, jak i pracownik. Tak szturmowana przez młodych ludzi impreza Intel Extreme Masters w znacznym stopniu odbywa się w języku angielskim i trzeba go znać, jeśli chce się np. posłuchać komentatora.

Pozytywną informacją jest też ta dotycząca doradztwa zawodowego, które ma być prowadzone od siódmej klasy. Jeżeli zostanie przygotowane solidnie i właściwie się do tego podejdzie, można pomóc młodym ludziom zaplanować przyszłość. Cieszy mnie także ten zapis znaleziony na stronach MEN:

Podstawa programowa uwzględnia elementy gier strategicznych oraz programowania, dostosowanych do wieku uczniów.

Trudno stwierdzić, w jakim wymiarze zostanie to wdrożone, ale od dawna piszę, że nauka programowania (obejmująca wszystkich) jest w szkołach potrzebna, a gry strategiczne jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Mnie dały bardzo dużo i uważam, że nadal to robią.

Jak podchodzi się do informatyki w kontekście zmian? Jakiś czas temu pisałem, że jeśli nadal ma być ona traktowana po macoszemu, może warto zastanowić się nad usunięciem tego przedmiotu z planu lekcji. Co reforma edukacji ma przynieść na tym polu?

Szkoła podstawowa ma przygotować uczniów do świadomego i odpowiedzialnego korzystania z technologii informacyjno-komunikacyjnych. Szkoła ma wyposażyć uczniów w kompetencje potrzebne do korzystania z różnych cyfrowych zasobów informacyjnych, wyszukiwania i krytycznej analizy informacji, bezpiecznego poruszania się w przestrzeni cyfrowej, w tym nawiązywania i utrzymywania opartych na wzajemnym szacunku relacji z innymi użytkownikami sieci.[źródło]

Szczerze? Brzmi bardzo dobrze – m.in. tego spodziewałbym się po tym przedmiocie. Dzieci i młodzież świetnie radzą sobie dzisiaj z obsługą sprzętu, przeróżnego oprogramowania, social media. Ale mogą nie odróżniać prawdy od fałszu, pakować się w kłopoty, zachowywać się nieodpowiednio w cyfrowym świecie. Niestety, zakładam, że zapisy od rzeczywistości będzie dzielić przepaść.

Co z zarzutami wobec zmian? Najpoważniejszy dotyczy tempa prac.

Projekty podstawy programowej oraz ramowych planów nauczania pojawiły się wczoraj. Rozpoczynają się prekonsultacje, MEN czeka na opinie. Jak długo? Do 9 grudnia. Niewiele ponad tydzień, by zapoznać się z planami, przemyśleć je i sensownie odpowiedzieć. Bez owijania w bawełnę: to jest szaleństwo. O bardzo ważnej kwestii (na co zwraca uwagę samo ministerstwo) ma się dyskutować chwilę. Pozostaje podpisać się pod opiniami, że reforma edukacji przygotowywana jest na kolanie.

Efekt będzie m.in. taki, że dojdzie do chaosu w podstawie programowej, która nie będzie spójna i konsekwentna. Nie zazdroszczę uczniom, na których przetestuje się te zmiany – to oni najbardziej odczują wady pośpiechu. Wraz z nimi oczywiście rodzice i nauczyciele, wiec nie dziwią protesty związane z tempem prac. O tym, że wszystko odbywa się zbyt szybko i przestaje być zrozumiałe, niech świadczy ten fragment wyciągnięty z tekstu w tvp.info:

Zmiany miałyby rozpocząć się od przyszłego roku szkolnego. Uczniowie uczęszczający obecnie do czwartej klasy szkoły podstawowej, zamiast do gimnazjum, trafią do siódmej klasy podstawówki.[źródło]

Totalne zamieszanie.

Jest jeszcze kilka rzeczy, które naprawdę mnie zaskakują. Rzuciłem okiem np. na listę lektur, tych obowiązkowych i uzupełniających. To nie wygląda dobrze. Nie jest tajemnicą, że czytelnictwo w Polsce umiera, że na tle innych europejskich państw wypadamy naprawdę słabo. I ten proces będzie postępował, jeśli najważniejszą lekturą w podstawówce zostanie Pan Tadeusz (pojawia się przez kilka lat, na koniec czytany jest w całości). Nie zrozumcie mnie źle: to wspaniałe dzieło, uważam, że każdy Polak powinien je znać. Ale czy odpowiednim czasem na zgłębianie go jest podstawówka? Spora część lektur czytana przeze mnie w szkole początkowo zrobiła negatywne wrażenie, podchodziłem do nich z niechęcią. Dopiero po czasie, gdy wróciłem do tych pozycji starszy o kilka lat, zrobiły na mnie wrażenie.

Dzieci mają być zachęcane do tego, by czytać, nie tylko pozycje obowiązkowe. Wprowadzając kanon lektur zaproponowany przez ministerstwo, nie poprawi się poziomu czytelnictwa, czeka nas pogłębiający się wtórny analfabetyzm, spora część po szkole odetchnie z ulgą i stwierdzi, że minął straszny czas czytania. A społeczeństwo, które nie czyta ma marne szanse na rozwój.

Podobnie podchodzę do lekcji historii. To jeden z moich ulubionych przedmiotów, uczyłem się go z przyjemnością, pisałem z niego maturę, przez pewien czas planowałem studiować. Ale dzisiaj będę przekonywał, że historia w wymiarze godzinowym nie powinna być „pompowana” i nie powinno się jej nauczać zbyt wcześnie. Bo w tym przedmiocie nie chodzi o wkuwanie dat i uczenie się drzew genealogicznych. Celem jest zrozumienie pewnych zjawisk, analiza wydarzeń, ich przyczyn i skutków. Uczeń w czwartej klasie podstawówki nie musi być na to gotowy, wymaganie od niego wiedzy o rotmistrzu Pileckim i bohaterach Solidarności to przesada.

Jednocześnie można zadać pytanie, czy lekcje fizyki oraz chemii powinny być odwlekane w czasie i kumulowane. Przez kilka lat są nieobecne, po czym spadają na ucznia w szerszym wymiarze. Może warto to rozłożyć w czasie i zacząć od zabawy, eksperymentów, które mogą zainteresować ucznia wspomnianymi przedmiotami? Jeśli w siódmej klasie zderzy się z podręcznikiem, zadaniami i masą wzorów do wyuczenia, to istnieje spore ryzyko, że zniechęci się do tej tematyki. Podejrzewam, że wiele osób wie, o czym piszę. Nie będę się przy tym wdawał w spór o to, czy lekcji historii powinno być więcej, niż chemii albo fizyki – niech każdy sam odpowie na to pytanie.

intryguje mnie jeszcze Edukacja dla bezpieczeństwa przewidziana dla klasy ósmej. Na koniec szkoły wycinane są plastyka czy muzyka, by nie „przeszkadzać” przed egzaminami, a pojawia się przedmiot, który z pewnością można umieścić wcześniej…

Nie twierdzę, że reforma edukacji nie jest potrzebna, z czasem w każdej dziedzinie przydają się zmiany, wprowadzanie porządku, dostosowywanie do realiów. We wszystkim należy jednak zachować umiar, podchodzić do tego z rozwagą i dostosować tempo praz do możliwości. Trzeba myśleć o konsekwencjach bliższych i dalszych. A w tym przypadku wiele osób nie zdaje sobie chyba sprawy z tego, że skutki źle przeprowadzonej reformy nie ograniczają się do źle wydanych pieniędzy czy zwolnień. Tu chodzi o edukację i kształtowanie społeczeństwa.