3

Rok temu dostaliśmy lepszą grę. Recenzja Call of Duty: Black Ops – Cold War

Na bazie corocznych premier Call of Duty można tworzyć kalendarz i nawet kiedy zmieniają się generacje konsol, Activision nie rezygnuje ze swojego planu wydawniczego. Nawet kiedy największą popularnością cieszy się utworzone na podstawie ubiegłorocznej odsłony battle royale - Warzone. Czy nie lepiej było jednak w tym roku odpuścić?

Szpiegowskie opowieści dziwnej treści

Jeśli zapytacie ludzi dlaczego kupują kolejne odsłony Call of Duty – odpowiedzi będą różne. Dokładnie dwie. Jedni nawet nie dotykają jednoosobowej kampanii i przez bity rok skupiają się na trybach sieciowych, inni nigdy nie włączyli multi i chcą jedynie poznać napakowaną akcją opowieść. Mi bliżej raczej do tej drugiej grupy, choć zawsze spędzam trochę czasu w trybach sieciowych, najdłużej siedziałem tam ostatnio, przy okazji odsłony z 2019 roku.

Przeczytaj też: Recenzja Call of Duty: Modern Warfare

Jak wskazuje jeden z dwóch podtytułów gry, przyjdzie nam cofnąć się do drugiej połowy ubiegłego wieku, do czasów zimnej wojny między USA a ZSRR. To bardzo wdzięczny temat, głównie przez dwie walczące ze sobą agencje wywiadowcze – CIA i KGB. Trwająca 6 godzin (normalny poziom trudności) kampania dla pojedynczego gracza to raz sprawiająca wrażenie bardziej, a raz mniej spójnej opowieści, której główną osią jest niejaki Perseus. Ten podły, sympatyzujący z sowietami bandzior zamierza wywołać wielką światową wojnę i doskonale wie, że USA ma cały arsenał bomb atomowych – gdzie? Tego dowiecie się z samej opowieści.

Staniecie się częścią zwartej grupy agentów, którzy zamiast inwigilacji wyciągają karabiny, co oczywiście idealnie pasje do Call of Duty, burzy gdzieś jednak moje rozumienie CIA. Jasne, czasem będzie można kogoś otruć, zabić pistoletem z tłumikiem, jednak misja, w której trzymając w dłoniach ciężkie karabiny kładziemy trupem duży „biurowiec” nie ma raczej z tajnymi agentami nic wspólnego. Widać natomiast, że projektanci postaci odrobili lekcje i naoglądali się starych filmów szpiegowskich, bo miałem wrażenie, że niektóre postacie z gry zostały z nich przeniesione 1:1. Niby plus, pewnie tak właśnie było, ale momentami wieje trochę kiczem.

Poza wspomnianym strzelaniem (którego czasem było za mało, a czasem za dużo) będziemy też analizować dowody – choć to dotyczy raczej misji pobocznych i jest dodatkiem, a nie wymogiem ich zaliczenia. Trafimy też na jedną (nie za mało?) misję, w której zamiast walić do wszystkich ołowiem, trzeba będzie zaplanować iście szpiegowskie działania. Potem dla równowagi jest niezła karabinowa sieka, więc wszystko dla serii w normie.

Kampania w Cold War ma kilka świetnych momentów, bardzo fajne są wspomnienia z misjami w Wietnamie, dzięki którym gra się zupełnie inaczej i aż zamarzyła mi się odsłona serii rozgrywająca się właśnie podczas tego krwawego starcia. Cały czas miałem jednak wrażenie, że opowiadana historia jest nieco zbyt naiwna i prostolinijna – jasne, ma swoje zwroty, jeden nawet bardzo fajny, ale jednak przez większość godzin czułem, że oglądam taki niezbyt skomplikowany film szpiegowski dla młodszego widza. Oczywiście pomijając brutalność, bo niektóre finiszery zasługują na 18+. Do tej „prostoty” dochodzą skradankowe momenty, które ze skradankami nie mają nic wspólnego, przynajmniej jeśli chodzi o poziom trudności. Nie żeby Cold War było jakieś bzdurnie łatwe, wydaje się być proste w swojej konstrukcji.

A błędów też nie uniknięto. Zobaczcie na przykład to – zestrzelony na tyrolce przeciwnik upada obok swojego towarzysza, który udaje, że nic się nie stało.

W jednej z misji nasi bohaterowie przebierają się za sowieckich żołnierzy i starają wtopić w otoczenie – jednak jeden z nich nawet nie myśli o tym żeby ściągnąć swoje „amerykańskie okulary przeciwsłoneczne” więc chodzi w nich po biurze – i wygląda jak szpieg z amerykańskich filmów w radzieckim mundurze. Trochę niepoważne.

Wrogowie też wydają się być czasami aż do przesady głupi i stojąc obok kogoś z naszego oddziału ani myślą do niego strzelać, bo to nasz bohater jest gąbką na ich pociski.

Ta gra mogłaby wyglądać lepiej

Wizualnie nie ma się czym zachwycać. Mam wrażenie, że ubiegłoroczne Modern Warfare wyglądało lepiej jako całość. Oczywiście są fajne graficzne momenty (przelot helikopterem w Wietnamie, w tle zachodzące słońce), ale bywają też fragmenty, gdzie modele postaci tak bardzo różnią się od scenek przerywnikowych, że aż krwawią oczy. Dźwiękowo też nic mnie tu nie zachwyciło i Modern Warfare robiło to moim zdaniem dużo lepiej.

Dodatkowo byłem niemiło zaskoczony tym, że „upgrade” z wersji PS4 na PS5 kosztuje 40 złotych – w przypadku tak dużej gry taka łatka na przełomie generacji powinna być moim zdaniem darmowa. Activision powinno zabiegać o to by ludzie chcieli zobaczyć nową odsłonę serii na nowym sprzęcie, który właśnie przynieśli ze sklepu, a wyciąga jeszcze ręce po dodatkowe pieniądze. Na przełomie dwóch gier można też było się pokusić o rozszerzenie przepustki sezonowej do multi z Modern Warfare – moja na ten sezon jest aktywna i ani myślałem by dokupić tę do Cold War.

Szczególnie, że tryby sieciowe nieco mnie rozczarowały. Z jednej strony ich struktura jest aż za bardzo podobna do tych z Modern Warfare, z drugiej strony coś się jednak zmieniło i strzela się gorzej. Tempo rozgrywki jest bardziej CoD-owe niż Modern Warfare’owe, do czego w ogóle nie mogłem się przekonać. Brakuje też kill-streaków, które zastąpiły score-streaki gdzie do dodatkowych ataków koszących przeciwników na mapie zbieramy punkty zamiast fragów. Jest też tryb z pojazdami, kompletnie nie wiem po co, w ogóle mi to tam nie pasuje.

Na pewno natomiast chętnie pogram jeszcze w tryb zombie, który nie dość, że nie ma na rynku godnego rywala, to jeszcze tym razem zabiera nas…do Polski. Jest jeszcze ciekawa wariacja o nazwie Dead Ops Arcade – wygląda może trochę dziwnie, ale gra się nawet przyjemnie – to taka strzelanka typu twin-stick-shooter z widokiem z lotu ptaka.

Werdykt

Może to wynikać z tego, że zawsze wolałem serię Modern Warfare niż Black Ops, ale to aż dziwne, iż kolejny raz dzieje się to samo. Generalnie lubię opowieści o tajnych agencjach, praniu mózgu i planowanych w zamkniętych gabinetach misjach, dzięki którym świat nie zmienia się o 180 stopni – ale jednak kampania w Call of Duty: Black Ops – Cold War mnie nie porwała. Jest jeden świetny zwrot akcji, ale reszta wydaje mi się aż nazbyt naiwna jak na szpiegowską opowieść. Tryby multiplayer niby bardzo podobne do ubiegłorocznej odsłony, a jednak strzelało mi się inaczej i niestety gorzej. Mam wrażenie, że Modern Warfare podniósł serii poprzeczkę trochę za wysoko i Cold War ledwo ją musnął zamiast doskoczyć lub przeskoczyć. Było fajnie, ale jednak wracam do multi ubiegłorocznej odsłony i przede wszystkim Warzone, które – mam nadzieję – zostanie takie jakim jest jak najdłużej. Ale nie zrozumcie mnie źle – kampania daje frajdę, muli też. Tylko w obu przypadkach jest ona mniejsza niż rok temu.

Ocena: 7/10