19

Przenośny, a jednak stacjonarny. Nie zamienię swojego komputera na gamingowy, choć teraz jeszcze bardziej pragnę takiej bestii

Charakter mojej pracy i fakt iż potrzebuję dostępu do komputera niezależnie od tego w jakiej szerokości geograficznej się znajduję sprawia, że naturalnym wyborem jest dla mnie... laptop. W przeciwieństwie do Pawła -- nie potrzebuję w nim specjalnie dużo mocy przerobowych. Nie montuję wideo, a do gier mam przenośne konsole, które po prostu pakuję do walizki. Dlatego, ze względu na ergonomię, od lat stawiam na Macbooki. Uwielbiam ich workflow, czas pracy na baterii i to, jak fajnie współgra ze sobą ekosystem Apple. Ale kilka dni zamiany 13-calowego Macbooka Pro na potężną gamingową bestię dobitnie uświadomiło mi, że przenośne komputery do gier, to kompletnie nie moja bajka. Choć wiem -- rozstać się z nim będzie niesamowicie trudno, ale to przede wszystkim ze względu na hobby po pracy.

Laptop na co dzień

Próbowałem kiedyś korzystać z dwóch komputerów jednocześnie — stacjonarnego i przenośnego. Skutki były opłakane — niby wszystko jest w chmurze, niby wszystko powinno być zsynchronizowane, ale regularnie gdzieś mi czegoś brakowało. Czasem były to dokumenty, czasem presety w aplikacjach. Różnie. Dlatego chcąc czy nie, zdecydowałem się ograniczyć do jednego urządzenia — i ze względu na uniwersalność, wybrałem laptop. Sprzęt który mogę ze sobą zabrać w drogę, a w domowym zaciszu bez problemu podłączyć do większego ekranu i cieszyć się… jeszcze wygodniejszą pracą. Jako że postawiłem na te mniejsze i lżejsze modele, gry przestały dla mnie istnieć — te zostały domeną konsol.

Ale mając możliwość wzięcia na testy Asusa ROG Strix Hero III (w konfiguracji Intel Core i7-9750H 2,6 GHz / 32 GB RAM / Nvidia Geforce RTX 2070)… jak na gadżeciarza przystało, chętnie z niej skorzystałem. I na kilka dni pożegnałem się z Macbookiem, by zobaczyć, czy przy moim stylu pracy taki komputer w ogóle ma sens. I niestety, ale ze smutkiem muszę odpowiedzieć, że nie. Ale jako narzędzie po pracy — bardzo by mi się przydało.

To zupełnie inna kategoria sprzętu

Sprzęty gamingowe rządzą się swoimi prawami — i z porównaniem do biurowych, czy jak niektórzy wolą je określać — biznesowych — laptopów, to zupełnie inna kategoria urządzeń. 15-calowa konstrukcja już na wejściu wydała mi się gigantyczna z porównaniem do macbookowych 13,3 cali. Jak wszystkie komputery tego typu, Asus ROG też oślepiał kolorowymi światełkami (na szczęście można je wyłączyć, co uczyniłem już na starcie). Ale waga zarówno samego komputera, jak i objętość towarzyszącego mu zasilacza, nie pozostawiała złudzeń. To sprzęt, który nie sprawdzi się w drodze. No i już pierwsze wyjście potwierdziło wszystkie moje obawy. Komputer był za ciężki, ze względu na jego podstawowy charakter — wentylatory działały niemal non-stop — były głośne i irytujące dla nieprzyzwyczajonego użytkownika. Bateria zaś nijak nie mogła równać się z maluchem od Apple. Dwudniowe wyjazdy z Macbookiem bez zabrania ładowarki to żaden problem, tutaj… no cóż, takie rzeczy nie wchodzą w grę. I nawet ogromny zapas mocy oferowany przez Asusa ROG Strix Hero III niespecjalnie mi w czymkolwiek pomaga, bo… do pracy i tak mi on kompletnie zbędny.

Ale tuż po pracy…

Kiedy już na spokojnie mogłem odetchnąć od pracy, nadszedł czas na to, co tygryski lubią najbardziej: rozrywkę. Netflixa i spółkę zostawmy telewizorom, tutaj skupmy się na grach. Nadszedł czas by zainstalować Steam, podłączyć kontroler od Xbox One i… ruszamy do zabawy. Nagle wcześniejsze „ale” — stają się niekwestionowanymi plusami. 15″ to matryca która pozwala na komfortową grę bez konieczności posiłkowania się dodatkowymi ekranami — siedząc blisko komputera, okazuje się ona w zupełności wystarczającą. Nadmienię też, że w tym modelu znalazła się taka z odświeżaniem 144 Hz. Wiatraki nagle zaczynają szumieć bardziej niż wcześniej — ale co się dziwić. Forza Horizon 4 na moim Xbox One S nigdy nie wyglądała równie dobrze, co tutaj. Gry które znałem wcześniej w konsolowym wydaniu: tutaj nie tylko mogą liczyć na dużo lepszą jakość tekstur, przez co ich światy wyglądają lepiej niż kiedykolwiek, Dużo ważniejsze jest to, że ruszają się w stałych 60 klatkach na sekundę. Wygląda to fenomenalnie i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pozazdrościć posiadaczom takich sprzętów. Tym bardziej, że przecież to sprzęt który w gruncie rzeczy bez większego problemu można spakować do podręcznego bagażu i zabrać ze sobą na wakacje. Coś, na co w przypadku konsol stacjonarnych się nigdy nie zdecydowałem, bo to jednak nie ta liga — i głupio się z nich tłumaczyć panu na lotnisku, że o późniejszych poszukiwaniach ekranu nie wspomnę ;).

To pierwszy raz kiedy miałem okazję spędzić dłuższą chwilę z laptopem do gier —  całkowicie żegnając się przy tym z moim własnym komputerem. I choć trudno mi było się go specjalnie czepiać kiedy korzystałem z niego w domu (zagryzłem nawet zęby na brak macOS, a by nie irytować się na gładzik — podłączyłem myszkę), to wystarczyło wyruszyć gdzieś dalej by poznać cały ocean ograniczeń, które przy komputerach stricte biurowych odeszły w zapomnienie. To zupełnie inna kategoria produktów, taka, która przy moim flow się kompletnie nie sprawdza. Ale tych kilka dni okazało się dla mnie inną ważną lekcją — okazuje się, że… to sprzęt, który zdecydowanie przydałby się w mojej domowej kolekcji elektroniki. Granie na mocnym PC, a granie na konsolach, to zupełnie inna bajka. Ale po latach unikania go okazało się, że nijak ma się do doświadczeń, które pamiętam sprzed lat. Łączenie kontrolera od X1 jest dziecinnie proste, a wszystkie z gier które uruchamiałem mogły liczyć na wzorowe wsparcie. I choć nie zamienię konsoli na komputer, nie zdecyduję się też na gamingową bestię, to nie ukrywam, że chętnie bym taką przygarnął w kolekcji. Kiedy potrzeba: jest moc. A kiedy nie, wystarczy ją… gdzieś schować — to przecież nie jest stacjonarne pudło z zestawem dodatkowych akcesoriów. I w tym tkwi ich największa magia.