48

Przenieśmy się w czasy, gdy Antyweb był brzydki, a nikt nie myślał o wypieraniu gazet i telewizji

Inaczej – czy Antyweb kiedykolwiek był brzydki? Założę się, że nie zastanawialiśmy się nad tym wtedy, gdy jeszcze zamiast obecnego, naprawdę nowoczesnego i miłego layoutu witał nas ten, który obecnie zostałby szeroko wyśmiany. A wiecie, kiedy to było? Dwa lata temu. Do niedawna byłem tylko czytelnikiem tego miejsca w Internecie, raczej obserwowałem to, co dzieje […]

Inaczej – czy Antyweb kiedykolwiek był brzydki? Założę się, że nie zastanawialiśmy się nad tym wtedy, gdy jeszcze zamiast obecnego, naprawdę nowoczesnego i miłego layoutu witał nas ten, który obecnie zostałby szeroko wyśmiany. A wiecie, kiedy to było? Dwa lata temu. Do niedawna byłem tylko czytelnikiem tego miejsca w Internecie, raczej obserwowałem to, co dzieje się w technologiach i blogosferze. Pewne rzeczy pamiętam, pewne nie. Czy jest lepiej? Zdecydowanie.

Dużo mówi się dzisiaj na temat utraty prywatności. Z początku Internet wydawał się być ostoją wszelkich wolności, dawał możliwość absolutnego wtopienia się w tłum, czasem kreowania kogoś innego, niż jesteśmy w życiu realnym. Dzisiaj to zaczyna się zacierać – im bardziej świat wirtualny wkrada się czy to przez trzymane przez nas w spodniach, torebkach słuchawki, czy to przez tablety, komputery, opaski. Internet nie jest już dzisiaj cyfrową biblioteką, do której idzie się po informacje. Coraz częściej, owa biblioteka sięga po dane do nas. A my bez protestu owe dane jej oddajemy.

bzbzbzbzbz

Zabawę z technologiami zacząłem prawdopodobnie podobnie, jak Wy. Grałem w gry – jako dzieciak miałem w domu „Pegasusa”, przed którym nie tylko grałem, ale i paliłem zasilacze, łamałem dżojstiki na czole, wyklinałem. Owe dzieło techniki zaczęło się starzeć, a mój apetyt rósł. Bacznie przyglądałem się ojcu, który rozkręcał i „naprawiał” różne rzeczy w domu. Po kryjomu gwizdnąłem mu kiedyś narzędzia, a po drodze zahaczyłem o stare radio Unitry – co stało się dalej, zapewne wiecie. Radio raz rozłożone przeze mnie nie dawało się złożyć, brakło części i generalnie, to nie nadawało się do niczego. Stąd już raczej unikam „naprawiania” czegokolwiek. Po latach dowiedziałem się, że nie różnię się pod tym względem od taty.

Przyszedł pecet, a potem Internet. Pamiętacie te emocje, gdy po raz pierwszy zobaczyliście stronę internetową otwartą w Waszym komputerze? Pierwsze pobrane gry? Pierwsze strony z „ładnymi paniami”? Ten błysk w oku, podziw i ogromny ładunek możliwości, które wręcz pachniały wokół komputera. Przecież to było całkiem niedawno! Nikt wtedy nie myślał, że z Internetem będzie tak, jak jest teraz.

Screenshot (23)

Rok 2007, 2008 przypada na lata, w których „coś kiełkowało” w mojej głowie. Przy czym i tak uważam, że w tym wieku, to raczej miałem trociny zamiast mózgu. Wczesne gimnazjum – w sumie takie „nie wiadomo co”. Gówniarzem nazwać wstyd, bo do gimnazjum chodzi. Dorosły nie jest, bo jeszcze szczyl. Robiło się głupie rzeczy, rozrabiało. Nie zmieniło się jedno – grało się i czasem czytało.

Screenshot (24)

Antyweba czytam właściwie od gimnazjum. Zawsze mnie ciągnęło w stronę technologii – zamiłowanie do dłubania, telefonów, odtwarzaczy muzycznych oraz Internetu sprawiało, że Grześka Marczaka po prostu czytałem. W roli informatora z krwi i kości na temat tego, co akurat wydarzyło się w rodzimej cyberprzestrzeni stanowił on dla mnie pierwszy front – nie wchodziłem do niego często, codziennie, bo i wtedy informacje nie pojawiały się specjalnie regularnie. Czasami raz na kilka dni, czasem raz na tydzień. Ale wracałem.

Po tym redakcja zaczynała się rozrastać, dołączały nowe osoby. Pamiętam jeszcze Michała Majchrzyckiego, początki pracy Tomka Popielarczyka, a nawet fragmenty niektórych tekstów. Ja cały czas czuję to tak, jakby to było bardzo niedawno, jakby dosłownie wczoraj na głównej wisiał nagłówek o końcu Grona.

Screenshot (28)

Na fali rozwoju blogów, zmieniała się także komunikacja w Internecie. Twórca treści to już nie tylko autor, ale także i czytelnik. Obecna forma na Antywebie i w ogóle w Internecie wskazuje, że niektóre miejsca w Sieci warto czytać także i dla komentarzy. Te od Was są często na tak wysokim poziomie, że aż czasem jest mi wstyd. Cieszę się jednak, że czytelnicy wraz z autorami tworzą naprawdę zgraną paczkę, chociaż jako krytycy jesteście dla nas bardzo surowi. To jest jednak cena za publikowanie w Internecie, z którą należy się godzić. Wasze słowa jednak nie wywołują ślepej złości, lecz refleksję – to robię źle, to mogę zrobić lepiej, a tego robić w ogóle nie można.

Screenshot (31)

Pamiętam też, jak bardzo przeżywaliście zmianę wyglądu Antyweba. Mnie także z początku trudno było odnaleźć się na przestrzeni, która została wreszcie wykorzystana przez bloga. Potem doszedłem do wniosku, że innego bloga Grześka Marczaka nie pamiętam. Dokładnie – straciłem możliwość zwizualizowania sobie w myślach poprzedniego wyglądu Antyweba. Tego pierwszego także. Musiałem sięgnąć do Wayback Machine po to, by jeszcze raz zobaczyć to, co kiedyś widziałem na co dzień.

A czym jest dzisiaj Internet? Nie tylko nośnikiem informacji. Platformą do wymiany opinii, zaprezentowania się, robienia biznesu, robienia komuś na złość. Właściwie, to służy już do wszystkiego. Nic nie dzieje się bez tego medium. Założę się, że jeszcze 5, 6 lat temu nie spodziewaliście, że to medium zajdzie tak bardzo daleko, że będziemy borykać się z takimi problemami jak dzisiaj. Wszyscy przebyliśmy długą drogę. Antyweb także. Na przykładzie mi najbliższym chciałem Wam pokazać, jak bardzo zmieniliśmy się my, jak bardzo zmienił się Internet, jego oddziaływanie na nasze kontakty z rodziną, znajomymi, dziećmi. To nie wpis, który ma cokolwiek wyjaśnić. To felieton, którym chcę Was skłonić do refleksji i zachęcić do dyskusji. Jest lepiej, a może gorzej? Co było… ale co będzie?

Starsze wersje Antyweba zostały skompletowane za pomocą Wayback Machine.

Grafika: 1