kara więzienia za prank
19

10 lat więzienia za „prank” warty 4 dolary. Patologia na YT to nie tylko polski produkt

Spotkałem się niedawno ze stwierdzeniem, że tylko na polskiej scenie youtube'owej można znaleźć patologiczne zachowania. Oczywiście absolutnie stanowczo nie zgadzam się z takim osądem - wszędzie tam, gdzie YouTube gra pierwsze skrzypce w kwestii podaży rozrywki młodym ludziom dochodzi do mniejszych lub większych nadużyć. Bo co powiedzieć o zdarzeniu, w którym udział brał tzw. "Arab Andy"? Jak na moje oko, granica głupoty i bezmyślności została po raz kolejny przekroczona.

Arab Andy, youtube’owy „twórca”, nierzadko nawet skrajnie skandalizujący wypłynął na streamerską głębię dzięki „IRL streamingowi”. To taki gatunek transmisji na żywo, w ramach której obserwujący go widzowie proszą go o wykonanie pewnych czynności. Tylko za nieco ponad 4 dolary (4.20$) możliwe jest nadanie czegokolwiek przez głośnik urządzenia, którym Arab Andy nagrywał dźwięki z otoczenia. Taktyka „twórcy” była prosta: widzowie przesyłają datki i przy okazji sami mogą „robić sobie jaja” za pomocą przeróżnych dźwięków. Dajmy na to – youtuber wchodzi w tłum, napływa do niego datek, a widz postanawia wykrzyczeć do mikrofonu: „You fu**ing ni**er” – doprawdy, świetna zabawa.

Tym razem doszło jednak do konkretnego przegięcia. Otóż, Arab Andy 31 maja wszedł na konferencję wydziału socjologicznego Uniwersytetu Waszyngtońskiego, gdzie miał nadzieję na dostarczenie kolejnej porcji pranków swoim widzom. Jeden z nich wpłacił datek i otrzymał dostęp do głośnika urządzenia. Jak to wykorzystał? Odtworzył dźwięk „C-4 has been successfully activated”, a tuż po tym piknięcia sugerujące odliczanie do odpalenia ładunku wybuchowego. Jak sprawa się skończyła? Wybuchła panika, a Arab Andy musi liczyć się z tym, że może trafić do więzienia nawet na 10 lat i zapłacić 20 000 dolarów grzywny.

Ten film nie umieściłem tutaj celem nabicia „twórcy” wyświetleń – radzę Wam jednak go obejrzeć chociażby dlatego, że po całym zajściu Arab Andy chyba nie zdaje sobie sprawy z bałaganu, którego został autorem. Nie on sam, bo w sprawę zaangażowany jest również jego widz (który prawdopodobnie uniknie odpowiedzialności – wszak to on odtworzył feralne odliczanie w głośniku Andy’ego). Pewne jest jednak to, że to „twórca” jest głównym odpowiedzialnym w tym zdarzeniu: transmitował „pranka”, dopuścił do głosu widza i generalnie zarabiał na różnych niekoniecznie wyszukanych żartach. Zresztą, na jego kanale można znaleźć inne materiały, w których wraz z obserwatorami dopuszczał się obrażania postronnych osób w miejscach publicznych – w jednym z takich przypadków niewiele brakowało, a zostałby dźgnięty ostrym narzędziem.

Format widzom niezwykle się spodobał. Dlatego ci zaczęli oczekiwać i więcej i więcej…

A Arab Andy na to pozwalał. Trzeźwo myślący człowiek już w momencie żartu, który naraził go na niebezpieczeństwo zastanowiłby się nad dalszymi konsekwencjami swoich czynów. W pewnych sytuacjach nie wystarczy powiedzieć „it’s a prank, bro!”, żeby wszystko było w porządku. Arab Andy to nie Remi Gaillard, „zawodowy prankster”, którego żarty nie zawsze są na miejscu, ale do więzienia nigdy nie trafił – choć zdarzało się, że konkretnie przeginał.

W przypadku Andy’ego Araba i ogółu IRL Streamerów (którzy byli i są obecni na naszej scenie: popatrzcie np. na patostreamerów) problem jest dużo większy. Trzeba wziąć pod uwagę wpływ społeczności skupionych wokół takich twórców: to one dyktują warunki kolejnych audycji poprzez sugestie albo zainteresowanie. Prosty przykład: skoro „chlanie na wizji” sprzedawało się transmisję wcześniej, proceder należy powtórzyć, najlepiej z większą „pompą”. Tyle, że w takich sytuacjach nie ma czegoś w rodzaju zaworu bezpieczeństwa – stąd też przypadki, w których nasi rodzimi patostreamerzy lądują przed sądem z powodu niedwuznacznych propozycji kierowanych do małoletnich.

W USA sytuacja jest naprawdę podobna, tyle że gra się na zupełnie innych typach skandali. W krajach, gdzie poprawność polityczna rozrosła się do rozmiarów potwora, który co prawda funkcjonuje, ale zaczyna poważnie przeszkadzać próbuje się ośmieszyć, często w bardzo brutalny sposób realia. Autor żartu (widz, który odtworzył sekwencję odliczania u Andy’ego) doskonale o tym wiedział. Wyobraźcie sobie sytuację, w której na konferencję w której uczestniczycie wchodzi człowiek o nieco ciemniejszej karnacji. Pierwsze skojarzenie – człowiek z Bliskiego Wschodu. Mało tego, z jego telefonu zaczyna dobiegać podejrzany dźwięk sugerujący, że za chwilę może stać się coś naprawdę okropnego. Jak reagujecie? Tak, jak bohaterzy wyżej umieszczonego filmu.

reakcja tłumu

Te rozważania korespondują z moją smutną diagnozą dotyczącą mediów

Niedawno napisałem dla Was kontrowersyjny, również dla mnie tekst w którym postawiłem bardzo niepopularną diagnozę dotyczącą mediów: to niekoniecznie one są odpowiedzialne za tabloidyzację, one zwyczajnie dostosowują się do potrzeb odbiorców. Jestem absolutnie pewien tego, że taki sam mechanizm działa w przypadku patostreamerów. Ludzi od zawsze interesowały rzeczy, które nie są powszechnie akceptowane: a zatem wszelkie dewiacje, skandale, morderstwa itp. M. in. dlatego serwisy podobne do niegdyś popularnego Rotten cieszyły się takim a nie innym zainteresowaniem – mimo, że nie warto ich przeglądać po posiłku.

Co więcej, w przypadku „IRL patostreamerów” dochodzi do tego, że to publika jest niemalże bezpośrednio odpowiedzialna za formę pranków. 4.20 dolara to niewiele za chwilowy rozgłos, możliwość zostania „sławnym”. Z tymi zjawiskami niestety trudno jest walczyć – zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie realizował potrzeby widzów – choćby były one absolutnie kuriozalne i niewłaściwe. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy się z tym godzić i biernie obserwować to zjawisko.