co osłabia media
41

Co jest największym problemem mediów? Ich odbiorcy

Modnie jest powiedzieć, że media staczają się po równi pochyłej, że poziom nagłówków w serwisach horyzontalnych to dno i metry mułu, w telewizji panuje pochwała dla szeroko rozumianej głupoty. Grzegorz Miecugow, jeden z moich ulubionych dziennikarzy (niestety przegrał walkę ze śmiertelną chorobą powiedział kiedyś w rozmowie z Gazetą Wyborczą, że "dziś największą słabością mediów jest odbiorca".

Gospodarz „Szkła Kontaktowego”, dziennikarz, wykładowca dodał ponadto, że media nie mogą ignorować tego, co chce ich odbiorca. Dlatego portale, blogi, telewizja oraz radio muszą cały czas reagować na to, co ujawnia się jako potrzeba. Treści należy traktować jako „produkt”, który należy „sprzedać”. Ażeby jakikolwiek produkt można było sprzedać, ten musi być atrakcyjny dla odbiorcy, prawda? Nie jest tajemnicą fakt, że najlepiej sprzedają się te treści, które nie wymagają od konsumenta nadmiernego myślenia, skupiają się na niższych instynktach. To smutne i ryzykowne tak pisać – również człowiekowi, który w mediach pracuje (choć dziennikarzem w ścisłym tego słowa znaczeniu raczej nie jestem).

I znowu bańka informacyjna. Jakie ma ona znaczenie dla nas, na Antywebie?

Poruszając temat „upadku” mediów na Antywebie często spotykałem się ze stwierdzeniami, że „przecież nie może być aż tak źle” i że „ludzie nie mogą być aż tak głupi”. W przypadku i jednej i drugiej postawy występuje zasadniczy błąd: rzadko jesteśmy w stanie przyjąć perspektywę grupy / zjawiska o którym mówimy. Czytelnicy Antyweba to bardzo specyficzna grupa, najczęściej są to osoby pracujące w IT, interesujące się technologiami, nauką, biznesem. Co prawda wchodzą tutaj po to, żeby nieco się rozerwać, dowiedzieć czegoś nowego – ale w dalszym ciągu różnią się od „standardowego” konsumenta mediów. Chętnie narzekają na „Taniec z Gwiazdami”, nie akceptują pogoni za sensacją za wszelką cenę i mają raczej zły stosunek do portali, które… cóż. Żyją „własnym życiem”.

media

Tak, Drodzy Czytelnicy. Żyjemy w swego rodzaju bańce – trudno jest nam zrozumieć, że wokół nas istnieją tacy konsumenci treści, którzy zainteresowani są głównie sensacją, klikają w agresywne, czasami kłamliwe nagłówki na portalach, a życie gwiazd interesuje ich nieco bardziej niż ich własne. Tabloidyzacja postępuje nieco „obok nas”, ale ona rzeczywiście jest obecna. I niestety, ale media głównego nurtu muszą się z tym liczyć.

Ryba psuje się od głowy

Skoro konsument jest taki jaki jest, trzeba się do niego dostosować. Zarządy sterujące dużymi mediami są zainteresowane ciągłymi wzrostami – sprzedaży z reklam, użytkowników miesięcznie, czasem trwania sesji i tak dalej. To przekłada się na nowe „targety” dla poszczególnych działów. Nimi kierują się wydawcy próbując cały czas wdrażać praktyki mające na celu podniesienie odpowiednich słupków. Naciska się na zwykłych redaktorów, którzy mają tak budować informacje oraz nagłówki, by były jak najbardziej interesujące dla odbiorcy. Koło się zamyka – jednak to odbiorca dyktuje tutaj warunki. Możemy nie zgadzać się z „portalozą”, ganić media za to w jaki sposób podają nam treści – ale to do niczego nie prowadzi. To kompletnie się nie zmieni – konsumenci wyznaczyli kierunek, w którym to zjawisko będzie postępować.

Tabloidyzacja jako zjawisko nie jest niczym nowym. Więcej o nim się mówi w kontekście internetu, gdyż jest to medium o niezwykle silnym oddziaływaniu. Wystarczy przypomnieć sobie The Sun w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku: pierwszy nakład liczył sobie niemal 5 mln egzemplarzy. Do tej pory gazeta rozchodzi się średnio w około 3 mln sztuk. To naprawdę dużo. A dobrze wiadomo, że The Sun nie słynie z wysokiej jakości treści: znajdziemy tam informacje na temat gwiazd, sensacje ze świata polityki i przerysowane perypetie zwykłych ludzi.

Podobny mechanizm zagrał w wydawanym od 2003 roku „Fakcie”, którego redakcja w 2004 i 2005 roku otrzymała tytuł „Hieny roku”. Powodem było: „wyróżnienie się szczególną nierzetelnością i lekceważeniem zasad etyki dziennikarskiej”. Krzykliwe, obraźliwe i mocne tytuły, bazowanie na niskich instynktach spowodowało, że Fakt – owszem, nie ma zbyt dobrej opinii i funkcjonuje na polskim rynku jako pierwszorzędny przykład tabloidu, ale rozchodzi się świetnie. Ludzie chcą czytać takie treści: skoro jest podaż, to można spodziewać się popytu. W 2017 roku średnia sprzedaż tej gazety wyniosła 261 413 egzemplarzy – wcale nie tak mało jak na polski rynek.

Trzeba sobie powiedzieć szczerze – to odbiorca dyktuje zasady

To jest odrobinę tak jak z internetem – wielu z nas dobrze pamięta czasy, w których dostęp do internetu był czymś ekskluzywnym, drogim, niedostępnym dla ogółu. W tych czasach poziom społeczności był całkiem wysoki – wszelkie negatywne zjawiska spotykały się ze zdecydowanym sprzeciwem. Funkcjonowała netykieta, dbano o poprawną polszczyznę w forach dyskusyjnych. Jak to wygląda dzisiaj? Netykieta jest reliktem przeszłości, a akcja „Bykom Stop” żyje już tylko w pamięci starszych stażem bywalców sieci.

Wraz z tym, jak internet stał się medium powszechnym – dostępnym dla każdego, poziom tego medium znacząco spadł. Nie chcę być brutalny, ale to trzeba powiedzieć. Wraz z tym, jak spadł koszt wejścia w sieć i pozwolić na to mógł sobie niemal każdy, poziom społeczności został „uśredniony do dołu”. Zauważyły to nie tylko portale – to doskonała sytuacja dla grup, które za pomocą przekazów medialnych chcą kreować nastroje oraz postawy w społeczeństwie. Nic dziwnego więc, że dzisiaj strony internetowe z informacjami dzieli się na „prawicowe”, „lewicowe”. Taki podział nie jest wcale poprawny, ale doskonale pokazuje nam skalę problemu.

media

Pojawienie się stron skierowanych do osób o poglądach konserwatywnych oraz takich, które stanowią „hołd” np. dla zwolenników opozycji to naturalna konsekwencja pogoni za potrzebami odbiorców. Taki rynek wręcz trzeba zagospodarować – to gwarantuje nie tylko pieniądze ze sprzedaży reklam, ale i możliwość sterowania postawami poszczególnych grup. To również indukuje także pojawianie się fałszywych przekazów, fake newsów i to stanowi problem szczególny – zwłaszcza, że konsumenci treści mają ogółem słabe kompetencje w identyfikowaniu nieprawdziwych informacji.

Tabloidyzacja, „zaniżanie poziomu” (albo jak kto woli – dostosowywanie go do odbiorcy) będzie się pogłębiać. Spójrzcie na nieco młodszych konsumentów i boom na youtuberów – również „patostreamerów”. Ci ludzie zdecydowanie nie powinni być „celebrytami”, a jednak znaleźli oni świetny sposób – na życie i na zarobienie całkiem dobrych pieniędzy. Dlaczego się pojawili, dlaczego tyle się o nich mówi? Głównie dlatego, że odpowiadają oni na potrzeby konsumentów, do których trafiają. Tak, dzieciaki chcą oglądać pijących alkohol błaznów, nie przeszkadzają im bluzgający gracze, są żądni „beki”. Ich rodzice często oglądają „Taniec z gwiazdami”, klną do telewizora widząc nielubianego polityka, a „Chłopaki do wzięcia” to wisienka na torcie ich tygodniowej aktywności w tym medium. Czy to media są absolutnie złe? Nie wydaje mi się.