86

Zanim zaczniesz komuś zazdrościć pracy zdalnej… zastanów się minimum dwa razy

Żebyście nie byli zawiedzeni - ten tekst niektórzy z Was zaliczą do gatunku "drogi pamiętniczku...", więc jeżeli nie lubicie takich publikacji, na AW jest sporo innych, pewnie ciekawszych. Ci, którzy mnie znają dobrze wiedzą o tym, że moje miejsce pracy to nie biuro, ale najczęściej mieszkanie. I nieco pochopnie - niektórzy mi bardzo tego zazdroszczą.

Tak tylko wtrącę, że w mojej rodzinie historia „zatoczyła koło”. W podobnym okresie życia ja i mój tata ciężko pracowaliśmy – głównie rękami i nogami zamiast głową. W umyśle „starszego Szczęsnego” wtedy rodziło się pragnienie spełniania się zawodowo przy biurku, bez potrzeby brudzenia sobie rąk. Ja natomiast marzyłem o tym, żeby nigdy nie pracować w kieracie, a najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu do pracy.

I wiecie co? Udało się. Tata do emerytury będzie siedział w tabelkach i dokumentach, a ja… nie ruszam się z domu

Tata przed tym robił za mrówkę na budowie, odpowiadał za „tworzenie socjalistycznego dobrobytu na Ukrainie” (przebywał na tzw. „eksporcie”, gdzie pracy było od groma, a wódka i ruskie szampany lały się strumieniami), a nawet przez pewien czas spełniał się zawodowo w Kanadzie jako „ręce do wynajęcia”. Ja jeszcze przed studiami m. in. pracowałem w sadzie, doświadczyłem „niemieckiego kotła” w emslandzkiej rzeźni i pakowałem wędliny w owianym złą sławą „Constarze”. I co ważne, nie wspominamy o tych w kategorii wstydliwego okresu życia. Dzięki temu nabraliśmy sporo doświadczenia i nauczyliśmy się szanować pracę. Wydaje mi się, że to dobra cecha.

praca zdalna

Wróćmy jednak do pracy zdalnej. Po okresie moich „zawodowych eksperymentów” definiowanych przez zwyczajny brak funduszy postanowiłem, że pasja stanie się moją pracą. Zamiast tylko czytać o nowych technologiach, raz na jakiś czas sprawiać sobie jakiś ciekawy sprzęt – zacznę po prostu o tym pisać. Z tym akurat nie miałem większego problemu, chociaż… (zabrzmi to jak autoerotyzm) przez parę lat realizowania zleceń nie tylko dla AW, ale i innych mediów, sporo się nauczyłem i nieco poukładałem swój warsztat.

Praca zdalna, czyli taka, która nie wymaga przebywania w biurze pod czujnym okiem szefa ma sporo plusów, które z czasem mogą okazać się… uciążliwe. Spójrzmy na to od strony człowieka, który pracy zdalnej nigdy nie doświadczył. Siedzę w domu, nie muszę się golić do pracy, mogę się nawet nie ubrać i tak zasiąść do biurka. Między kolejnymi punktami dnia mogę m. in. ugotować obiad (i czasami udaje mi się to zrobić – czasami nawet przed tym jak narzeczona wróci ze stacjonarnej pracy…), posprzątać, załatwić sprawy na mieście, czy też po prostu… zdrzemnąć się lub pograć na konsoli, żeby mózg odpoczął. Grzesiek Marczak nie zagląda mi przez ramię, Tomek Popielarczyk nie krzyczy na mnie, że się obijam. Nie jeżdżę na warszawskie konferencje, stosunkowo radziej trafiają mi się zagraniczne wyjazdy. „Spoko układ”, prawda?

U sąsiada trawa jest zawsze „bardziej zielona”. Są momenty, w których chętnie rzuciłbym to wszystko i poszedł pracować do biura

I nie chodzi mi tutaj o pracę w ścisłym tego słowa znaczeniu. Pisanie, budowanie publikacji od researchu, treści aż po SEO i grafiki sprawia mi sporo przyjemności. Niestety, przeżywam również takie okresy, w których po prostu chciałoby się wyjść do ludzi – przyjść do biura o ósmej, wyjść o szesnastej i mieć po tej godzinie pracę daleko w poważaniu.

Żyję w ciągłym niedoczasie. Obowiązków wcale nie ubywa – tych może mi tylko przybyć i właściwie bardzo rzadko zdarza mi się, żebym dzień zakończył w stanie „wyzerowanej checklisty”. Dlatego też, rozliczając się sam ze sobą w okolicach wieczora muszę część zadań przenieść „na jutro”. I niestety, przyznaję się bez bicia – wynika to głównie z tego, że trudno jest utrzymać samodyscyplinę w doprowadzaniu niektórych zadań do końca. W mniejszym stopniu wynika to z samej pracy zdalnej – nie mogę podejść do kogoś do biurka i zapytać wprost o konkretną rzecz. „Uderzam” na Slacku, piszę maile i czekam na odpowiedź. Czasami na tyle długo, że z tego rodzą się nieprzyjemne „obsuwy”.

Przebywanie w domu wcale nie powoduje, że jestem w stanie w międzyczasie posprzątać i np. zrobić obiad. Zaobsorbowanie pracą jest czasem na tyle duże, że nie udaje mi się zrealizowanie podstawowych obowiązków w mieszkaniu, zresztą nierzadko nie ma się nawet na to ochoty. Dobrym pomysłem jest wtedy wcześniejsze zaplanowanie sobie zadań na dany dzień tak, aby było wiadomo „kiedy” możliwe jest zrobienie czegoś poza pracą zawodową. W kontekście samych posiłków to nie jest problem – z czystej wygody wolę nierzadko zamówić coś z dowozem.

praca zdalna

Jeżeli od początku nie narzucisz sobie założeń „kultury odpoczynku”, to uwierz mi, że zapomnisz jak się „zbija bąki”

Tego akurat nigdy się nie spodziewałem – dom wcale nie kojarzy mi się z azylem, gdzie mogę odpocząć od zawodowych zgiełków. Praca zdalna prędzej czy później spowoduje, że work-life balance, choćby ten misternie układany w pewnym momencie posypie się jak domek z kart. Nawet, gdy aktualnie nie robię nic, biurko, monitor, klawiatura, mysz przypominają mi o standardowym stanowisku pracy, co skutecznie wyrywa mnie ze stanu relaksu. Wiele złego w tej materii robi też specyfika mojej pracy – ta nie kończy się w momencie opublikowania artykułu, trzeba również pewne rzeczy uzgodnić z wydawcą, odpowiedzieć na maile, pilnować komentarzy, śledzić statystyki. Co więcej – trzeba duuuużo czytać, żeby być na bieżąco.

Możesz spać do późna. Możesz, ale… lepiej tego nie rób. Wiem po sobie, że o ile jest to całkiem dobre dla stanu umysłu, tak dla projektów i obowiązków jest to cholernie niekorzystne. Nawet, jeżeli wydaje ci się, że możesz tego i tego dnia posiedzieć dłużej (po czasie noc staje się Twoim sprzymierzeńcem i to też nie jest nic dobrego…), to przyjdzie taki moment, w którym organizm upomni się o odpoczynek, a znużenie sięgnie zenitu. Tylko od Twojego samozaparcia będzie zależało to, czy przeniesiesz część obowiązków znowu „na jutro”, czy wyprowadzisz grafik „na zero”. A może się zdarzyć, że coś wypadnie „w trakcie” i plan pracy późnym popułudniej koncertowo trafi szlag.

Wszędobylskie rozpraszacze to także spory problem. Człowiek w biurze zasadniczo bardziej się pilnuje i rzadziej zagląda tam, gdzie nie powinien w trakcie pracy. Mnie nikt nie pilnuje i jeżeli tylko zechcę, mogę wcale nie dyskretnie włączyć konsolę, albo nawet pójść spać. Nikt też nie rozlicza mnie z tego ile razy wyjdę na balkon „puścić dymka”, a na upartego można nawet pić piwo przy biurku. Ale tego ostatniego kompletnie nie polecam – u mnie kończyło się to w ten sposób, że już w ogóle nie miałem ochoty na dalszą pracę (ciekawe dlaczego…). A wierzcie mi, są momenty, w których nawet ruch uliczny jest ciekawszy niż obowiązki zawodowe.

Niektórym nie wytłumaczysz, że praca zdalna to też praca… ale w domu

Zaletą pracy zdalnej jest to, że możesz ją uprawiać dosłownie wszędzie. Jeżeli chcesz, to możesz „nadawać” z kawiarni, z plaży, z autobusu… zewsząd, gdzie tylko jest zasięg bezprzewodowego dostępu do internetu. Dla mnie największym problemem jest wytłumaczenie głównie nieco starszym ode mnie osobom, że jeżeli mówię, że „idę pracować”, to rzeczywiście to robię. W rodzinnym domu największy problem jest z tym, by odseparować się od reszty rodziny na czas realizowania swoich obowiązków: postronnym wydaje się, że mimo „tylko pisania” jestem cały czas dostępny i „do wywołania”.

praca zdalna

Irytujące jest również to, że dopóki jesteś podłączony do internetu – czy to za pomocą komputera, czy też telefonu – zasadniczo jesteś w pracy. Zabrzmi to śmiesznie, ale są momenty, w których na dźwięk powiadomienia ze smartfona podskakuję w miejscu, na czole występuje pot, a w głowie roją się możliwe scenariusze: „jakiś czeski błąd w tekście, wydawcy się coś nie podoba, trzeba zrobić to i tamto…”.

To nie jest koncert życzeń i zażaleń. Tak sobie wybrałem, radzę sobie z tym i wbrew pozorom nie chcę tego zmieniać

Z tego tekstu może i bije „tragizm” pracy zdalnej – intencjonalnie skupiłem się głównie na negatywach, ale tylko po to, żeby udowodnić „stacjonarnym”, że realizowanie się zawodowo w domu wcale nie jest takie piękne, jakby się mogło wydawać. Wysoko cenię sobie niezależność, możliwość samodzielnego planowania zadań, brak przywiązania do konkretnego miejsca. Uwielbiam również wyzwania i konieczność ciągłego uczenia się. Niemniej, jestem tylko człowiekiem z podobnymi ograniczeniami do Waszych i… te nierzadko przegrywają w starciu ze specyfiką pracy zdalnej. Mimo pewnych kryzysów – uwierzcie mi, że nie zamieniłbym jej na żadną inną. Choć nie wykluczam, że kiedyś udam się do biura – wszak doświadczenia rozwijają.