Niezgrani

Pożeracze czasu: Yakuza 3

AO
Arkadiusz Ogończyk
0

Czasem trafiamy na gry, które wyciągają z nas każdą wolną chwilę, albo i więcej - dużo więcej. Bywa nawet, że nieświadomie sięgamy po płytę, nie wiedząc, że zaszczepi w nas ona nowe uzależnienie. Jednym z najlepszych przykładów takiej sytuacji jest Yakuza 3, gra Segi z 2010 roku, którą dopiero co ud...

Czasem trafiamy na gry, które wyciągają z nas każdą wolną chwilę, albo i więcej - dużo więcej. Bywa nawet, że nieświadomie sięgamy po płytę, nie wiedząc, że zaszczepi w nas ona nowe uzależnienie. Jednym z najlepszych przykładów takiej sytuacji jest Yakuza 3, gra Segi z 2010 roku, którą dopiero co udało mi się nadrobić.

To jedna z najbardziej wciągających i czasochłonnych gier z jakimi miałem do czynienia. To, jak bardzo angażuje ona gracza jest zwyczajnie szalone. Na wstępie warto jednak przypomnieć czym jest Yakuza 3: to połączenie otwartego świata z chodzoną bijatyką, okraszone fabułą o wrażliwych japońskich gangsterach, których losy przedstawione są niczym najprawdziwsza telenowela. Terenem na jakim będziemy działać jest fragment Okinawy i dzielnica Tokio, Kamurocho (odpowiednik prawdziwej części tego miasta - Kabukicho). Przechodzimy się po nich jako napakowany testosteronem i uczuciami Kazuma Kiryu, co chwile zaczepiany przez opryszków, z którymi musi się bić.

Co w tym takiego uzależniającego? Przede wszystkim to, że jego historia jest prawdziwym balsamem na serce dla każdego komu znudziły się już mało "obyczajowe", oderwane od współczesnego świata dzisiejsze gry. Można powiedzieć, że tak jak GTA podchodzi z dystansem do kultury Zachodu (zwłaszcza tej przestępczej), tak to samo względem Japonii robi to Yakuza z tym, że w głównym wątku traktuje się dużo bardziej na serio, po to by potem odpłynąć w dziesiątkach zadań pobocznych.

Przechodząc dosłownie jedną ulicę w Tokio można zebrać trzy questy do wykonania, zrobić zdjęcie niezwykłemu wydarzeniu, wdać się w cztery bójki, zjeść obiad i odnaleźć dwie znajdźki. Sprawia to, że nawet gracze skupieni przede wszystkim na głównym wątku i tak dadzą się sprowokować do zejścia na chwilę ze swej ścieżki i poznania historii, które tylko czekają na odkrycie. Właśnie w tym tkwi siła Yakuzy 3 - tu każda nowa misja oznacza poznanie życia nowych ludzi, okrycia tego co robią, jakie mają motywacje i jak wpakowali się w kłopoty. Nie jest to zwyczajne "weź cośtam i zanieś gdzieśtam" czy jeżdżenie taksówką, albo zabawa w rozwalanie wszystkiego naokoło. Choć większość questów i tak sprowadza się do wychowawczego dania komuś po pysku, to wciąż obudowane są one niezwykłą otoczką, na jaką inne gry po prostu się nie rzucają. I produkcja Segi obnaża tego typu słabości konkurencji.

Owszem, jest to zabawne kiedy wielki gangster w białym garniturze i rozpiętej wiśniowej koszuli, pomaga komuś zanieść lody do jego rodziny, sprawdza czy nikt nie ukradł komiksu w pobliskim sklepie, lub też ucieka przed wielkim transwestytą w czerwonej sukience. Ale to właśnie dzięki takim akcjom nie da się odejść od pada. Yakuza 3 nie traktuje się do końca na serio, nie bojąc się realizować nawet najdziwniejszych pomysłów - jednak robi to z głową tak, że jakimś cudem wszystko to do siebie pasuje. Szczególnie wtedy gdy zabierzemy się na Karaoke (oczywiście zawarto też element randkowania) i nasz Kazuma wybiera wtedy bez zastanowienia tradycyjną, melancholijną balladę - enkę, którą z wielkim przekonaniem wykonuje. Komizm aż bije wtedy z ekranu. Dla lepszego zobrazowania sytuacji, oto przykład enki:

Prawdziwe szaleństwo. A gdy do zalewu zadań dodamy także elementy RPG, możliwość tworzenia i polepszania broni, portfel który należy stale napełniać oraz robienie zakupów w sklepach i posilanie się w restauracjach to dostaniemy grę, po której odpaleniu wskazówki zegara nagle przyspieszają. Przypomina to trochę syndrom znany z dużych, otwartych RPGów, w których wciąż mamy pełną listę czynności do wykonania, a mimo to wpadają nam nowe - z tą różnicą, że Yakuza 3 robi to na stosunkowo małym terenie i dba o odpowiednie umotywowanie każdej wykonanej przez nas akcji. Nie muszę też raczej dodawać, że Kazuma po konkretnym "przypakowaniu" to zupełnie inna postać niż ta, która by ukończyła grę zwyczajnie krążąc od misji głównej do misji głównej.

Prawdziwy gangster ma oczywiście w swym sercu drzazgi, które kują go przez całe życie i które stara się wyciągnąć. Sposobem walki z bólem duszy Kazumy, z tym, że jest sierotą, i że siedział dziesięć lat w więzieniu, jest prowadzenie sierocińca. Kilka pierwszych godzin gry to zresztą chodzenie w hawajskiej koszuli po Okinawie i załatwianie problemów takich jak zachowanie w szkole swoich wychowanków, starcia z dyrektorem czy nawet granie z dzieciakami w baseball i robienie im obiadu. Jaka inna gra robi coś takiego?

Właśnie na tym polega Yakuza 3 (a także reszta serii). Na powolnym budowaniu świata, na poznawaniu każdej osoby, nawet tej która nie ma wpływu na naszą historię i na spędzaniu masy czasu krążąc po japońskich ulicach. Oczywiście silnik, który wymaga częstego doczytywania się danych też ma mocny wpływ na to jak długo siedzimy przy tym tytule, jednak cała magia polega na tym, że chce się to robić nawet obserwując kolejny ekran ładowania...

Nie muszę chyba dodawać, że do cieszenia się tą produkcją potrzeba nieco wyrozumiałości (jest w niej wiele archaizmów) i zamiłowania do klimatu azjatyckich filmów akcji z dialogami o honorze, tęsknocie i poszukiwaniu spokoju. To gra o odkrywaniu zaginionych wujków, rozwiązywaniu problemów rodzinnych, starciach klanów i walce z przeszłością podana w najlepszej formie - tak dobrej, że aż trudno uwierzyć, że po odpaleniu jej wita nas logo Segi. To ostatnia żywa, naprawdę wielka, własna marka tej firmy - i mam nadzieję, że będzie z nami przez kolejne lata, a jej część piąta niebawem zostanie przetłumaczona na angielski. Jej utrata byłaby naprawdę bolesna...

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: