19

Pomóż ubezpieczycielowi, wszczep sobie chip

Czytałem dzisiaj o nowych rozwiązaniach w służbie zdrowia, a właściwie o potrzebie jej przebudowy – w obecnej formie nie może podobno funkcjonować i nie dotyczy to jedynie Polski. Z różnych przyczyn staje się zbyt droga i nieefektywna. Jednym z pomysłów w kwestii zmian jest „ochipowanie” ludzi. By stali się współodpowiedzialni za swoje zdrowie. Przyznam, że […]

Czytałem dzisiaj o nowych rozwiązaniach w służbie zdrowia, a właściwie o potrzebie jej przebudowy – w obecnej formie nie może podobno funkcjonować i nie dotyczy to jedynie Polski. Z różnych przyczyn staje się zbyt droga i nieefektywna. Jednym z pomysłów w kwestii zmian jest „ochipowanie” ludzi. By stali się współodpowiedzialni za swoje zdrowie.

Przyznam, że zagadnienie sprawia mi problem. Cytując klasyka, mogę powiedzieć, że „jestem za, a nawet przeciw”. Bo chociaż pomysł nie jest głupi, wydaje się bardzo logiczny, to wzbudza sprzeciw. Z różnych względów: to piłowanie gałęzi, na której się siedzi, dawanie obcym wglądu do intymnego życia, uprzedmiotowienie swojego ciała. Pojawią się osoby, które użyją bardziej dosadnych słów, stwierdzą, że to zwykła szarlataneria, wielki brat itd.

Zamysł jest prosty – pozwólmy, by nowe technologie śledziły nasze życie. Za sprawą wszczepianych chipów, opasek, smartfonów, Internetu rzeczy, pozyskiwane byłyby informacje dotyczące diety, aktywności fizycznej, nałogów, długości snu itp. Na podstawie zebranych danych, można w prosty sposób określić, jak dana jednostka się prowadzi. A idąc dalej, ubezpieczyciel mógłby ustalić stawkę ubezpieczenia w zależności od tego, jak ktoś o siebie dba.

Jeśli człowiek zdrowo się odżywia, nie ma nadwagi, uprawia sport i nie zarywa nocy, to zwiększa swoje szanse na długie życie w zdrowiu. Nie obciąży budżetu swoimi chorobami (przynajmniej jest to mniej prawdopodobne), dlaczego miałby zatem płacić tyle samo na służbę zdrowia, co człowiek, który przesadza z alkoholem, pali jak smok, odżywia się bardzo niezdrowo i uogólniając rujnuje swoje zdrowie? Ten drugi powinien płacić znacznie więcej, bo ryzyko zachorowania jest u niego wyższe. Logiczne.

To trzyma się kupy, nie dziwi, że są osoby, które składają takie propozycje. Chodzi nie tylko o to, by było sprawiedliwiej – celem jest przede wszystkim profilaktyka i zmiana przyzwyczajeń. Do wielu ludzi nie dociera, że niewłaściwy tryb życia szkodzi zdrowiu, bagatelizują to. Możliwe, że postąpiliby inaczej, gdyby zobaczyli wysokość swojej składki ubezpieczeniowej naliczanej w przywołany sposób. Spora część pewnie zmieniłaby dietę i zrezygnowała z nadużywania tego i owego. Może nawet zaczęliby uprawiać sport. Jeśli nie dla zdrowia, to dla portfela. W ten sposób udałoby się w dłuższej perspektywie ograniczyć wydatki na służbę zdrowia – byłoby mniej chorych. Przynajmniej w teorii.

Mógłbym przyklasnąć, gdyby nie fakt, że to już daleko posunięta ingerencja w nasze życie. Te dane byłyby przez kogoś zbierane i analizowane, nawet, gdyby robiły to komputery, to człowiek mógłby mieć do nich dostęp. To coś więcej, niż obecna rozmowa z lekarzem, wyniki badań okresowych. To ciągłe monitorowanie życia. Monitorowanie, które może się pogłębiać, zacząć dotykać np. życia seksualnego. Czy to wszystko faktycznie powinno trafić do ubezpieczyciela? Do kogokolwiek?

Nie odmawiałbym racji tym, którzy stwierdziliby, że wprowadzając takie zmiany stalibyśmy się zakładnikami konkretnych liczb, wyników, elektroniki monitorującej stan zdrowia. Gotując obiad zastanawialibyśmy się, jak sklasyfikuje go maszyna, a idąc do baru, powtarzalibyśmy, by nie przesadzić, bo składka i tak jest już wysoka. Nierealny scenariusz? Cóż, jeszcze niedawno niewiele osób zastanawiałoby się w ogóle nad takimi rozwiązaniami. Dzisiaj nie wydają się one bardzo odległe.

A zatem: pomóc ubezpieczycielowi?

Grafika tytułowa: kadr z filmu Gruby i chudszy