Najlepszy odtwarzacz filmów na Androida
33

Piractwo filmów pomaga… w promocji filmów. Ma pewne „ale”

Piractwo przez twórców filmów zawsze przedstawiane jest wyłącznie w ciemnych barwach. Okazuje się jednak, że może mieć ono także pozytywne aspekty — chociaż sprawa wcale nie jest taka prosta, jak byśmy tego oczekiwali.

Temat piractwa i jego „pozytywnych” działań na rynku muzycznym poruszany był już wielokrotnie. Po drodze odbyło się sporo badań, z których wynikało że ludzie pobierający muzykę z sieci poznawszy pełne krążki, chętniej pobiegną na zakupy i zadbają o to, by płyty „kradzionych” przez nich wykonawców trafiły do ich kolekcji. Może coś w tym jest, chociaż w mojej opinii — wyłącznie wtedy, kiedy jest się kolekcjonerem któremu nie brakuje miejsca na półkach, albo przynajmniej mowa o ulubionych wykonawcach. Z perspektywy użytkownika serwisów streamingowych mogę jednak spokojnie przyznać, że płyty CD są dla mnie już od lat pieśnią przeszłości (nie bardzo nawet mam gdzie je odtwarzać, co najwyżej w retro konsolach), a jeżeli już miałbym zbierać — to tylko winyle. Ale kilka lat po tym jak Pirate Bay zniknął z sieci pojawiły się badania obfitujące w ciekawe wnioski związane z tym, że… tamtejsza promocja przyczynia się do większych wpływów w box office. Sprawa jednak wcale nie jest taka prosta.

Zobacz też: Serwisy VOD walczą o klienta. Jaki jest efekt? Powrót piractwa

Kiedy zabrakło Pirate Bay, wpływy w Box Office… zmalały

W 2014 na kilka tygodni Pirate Bay zniknął z sieci po tym, jak szwedzka policja dobrała się do skóry datacenter z którego korzystał wówczas serwis. To czas, w którym serwis zniknął z sieci na ponad miesiąc — i jak czytamy, to właśnie ten incydent okazuje się doskonałym materiałem do badań. Choć lwia część użytkowników już dawno zdążyła zapomnieć o tym incydencie, dla specjalistów od marketingu i biznesu to zjawisko z którego wciąż wyciągają wnioski. Dla większości sprawa jest czarno-biała. Piractwo = źle. Użytkownicy którzy decydują się na obejrzenie filmu nie pójdą już do kina, więc automatycznie ekipy filmowe zarobią mniej. W praktyce jednak zagadnienie okazuje się być nieco bardziej skomplikowane — chociaż wciąż trudno tutaj mówić o jakimś zastępie pozytywów.

Zobacz też: Polscy badacze: walka z piractwem nie ma sensu, bo nie zwiększa to sprzedaży

Te negatywy wysuwają się na pierwszy plan i są niejako nieodłączną częścią zjawiska. Jeżeli jednak wierzyć ostatnim badaniom i wnioskom wysnutym w „Does Piracy Create Online Word-of-Mouth? An Empirical Analysis in Movie Industry” autorstwa Shijie Lu, Xin Wang oraz Neila Bendle’a, piractwo ma także swoje pozytywne aspekty. Przy badaniu uwzględniono setki popularnych w tamtym czasie torrentów oraz opinii, jakie widzowie wydawali w sieci. I jak się można spodziewać — dostępne wcześniej online filmy nie mają najlepszego wpływu na zapełnienie skarbonki box office (mówi się tutaj nawet o 11% mniejszych zyskach). Nieco inaczej jednak sprawy mają się w późniejszych stadiach. Kiedy film już jest w kinach, promocja szeptana między użytkownikami, która bierze się m.in. z pirackich serwisów, wpływa pozytywnie na przychody. Mówi się o zyskach większych o około 3%, analogicznie więc kiedy Pirate Bay nie działał, o pewnych produkcjach mówiło się znacznie mniej, więc i przychody w Box Office spadły. Autorzy badań twierdzą że nie ma to nic wspólnego z sezonowymi zmianami, a podobnych zjawisk nie było też w innych latach.

Zobacz też: Stosunek piratów do kupujących wyniósł 9:1. Niezły wynik, co?

Nie trzeba być jednak naukowcem, by szybko podliczyć że 11% strat potrafi dać się bardziej we znaki, niż te późniejsze 3%. Nie chodzi jednak o to, by wychwalać tutaj piractwo — a jedynie zwrócić uwagę na to, że sprytni marketingowcy mogą w ten sposób co nieco dodatkowo zdziałać. To także dobra lekcja dla instytucji zajmujących się walką o prawa autorskie — by skupiać się na głównie na ochronie przedpremierowych materiałów przed piratami. Bo to właśnie w ich przypadku twórcy narażeni są na największe straty. No jeżeli, oczywiście, wierzyć danym opartym na… torrentach.