flaga piracka
56

Polscy badacze: walka z piractwem nie ma sensu, bo nie zwiększa to sprzedaży

Powraca temat szkodliwości piractwa, spór w tej sprawie toczy się naprawdę długo i nie brakuje osób, które są w stanie zaciekle bronić swoich racji. Pojawiają się też kolejne badania dowodzące, że zjawisko jest szkodliwe lub... nie ma większego znaczenia dla sprzedaży. Tym razem przykład z tej drugiej półki odnoszący się do polskiego rynku książki. Wnioski wydają się w miarę oczywiste: ściganie piratów nie ma sensu, bo nie przynoszą oni szkód ekonomicznych.

Piractwo zabija biznes wydawniczy, filmowy, growy, ale też modowy czy farmaceutyczny – pewnie każdy spotkał się z takimi opiniami. Mają potwierdzenie w rzeczywistości? Cóż – to zależy. Istotne jest to, by nie wrzucać wszystkich tych segmentów do jednego worka i nie mierzyć ich jedną miarą. Zjawiska z branży obuwniczej nie muszą się przekładać w skali 1:1 na rynek gier. Mówienie o piractwie jako całości i to w globalnej skali może wywoływać kontrowersje. Ale w przypadku rzeczonego badania mamy jeden kraj i konkretny segment kultury czy biznesu: polski rynek książki.

stos książek

Badacze, którym przewodził dr hab. Michał Krawczyk z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW, zbierali dane dotyczące sprzedaży książek wydanych w Polsce w roku 2016. Do eksperymentu wybrali ich 240, pochodziły z 10 wydawnictw, mowa o zróżnicowanych pozycjach reprezentujących odmienne gatunki. Książki dobierano w pary, miały być do siebie w miarę podobne i zakładano, że ich sprzedaż będzie porównywalna. Następnie losowano: jedna z publikacji była poddawana ochronie antypirackiej, druga nie. Wydawnictwa miały się dostosować do wyników losowania i nie ingerować. Do badania włączono agencję, która przez rok monitorowała sytuację i starała się usuwać pirackie wersje 120 tytułów. Ponoć była w tym skuteczna. Sam proces wydaje się w miarę prosty. A jakie były efekty?

Okazało się, że sprzedaż książek w parach była podobna: piractwo nie zaszkodziło tytułom, które nie były chronione. A walka z nim nie musi być opłacalna, bo chronione pozycje nie zyskały. Ciągłe usuwanie pirackich treści czy pociąganie piratów do odpowiedzialności wiąże się z kosztami, które niekoniecznie zostaną zrównoważone przez wyższą sprzedaż. Niektórzy zakrzykną pewnie: wiedziałem! Ale w tym miejscu warto dodać, że w badaniu wzięło udział 10 wydawnictw z 70 zaproszonych. Nie ma pewności, że wyniki byłyby podobne, gdyby więcej firm przyłączyło się do tej próby. I czy taki sam wynik odnosiłby się np. do kilku bestselerów? Może w przypadku niszowych książek, zwłaszcza specjalistycznych, piractwo faktycznie nie odgrywa większej roli. Ale co z popularnymi pozycjami poszukiwanymi przez większą grupę czytelników?

kartki książki

Na dobrą sprawę, wyniki tych badań nie muszą świadczyć o tym, że Polacy uczciwie podchodzą do tematu, że piractwo im się znudziło – może raczej potwierdzają to, o czym mówi się od dawna: poziom czytelnictwa spada. Im mniej czytających, tym mniejszy problem z nielegalnym rozprzestrzenianiem treści. Wideo jest bardzo popularne i widać wyraźnie, że piraci nieźle sobie poczynają na tym polu. Rynek jest też mocno nasycony książkami, nierzadko bardzo niskiej jakości, ceny niektórych produktów (bo trudno nazwać to książką) są dość atrakcyjne, ludzie wybierają też papierowe wersje, a te są zazwyczaj sprzedawane legalnie. Zjawisko jest naprawdę złożone.

Możliwe, że dostaliśmy czarno na białym potwierdzenie, iż sprzedaż książek nie rośnie, jeśli z Internetu usuwane są pirackie kopie, że piractwo ma niewielki wpływ na ten segment i jego rola jest przeceniana. Ale nie oznacza to, że do zjawiska powinniśmy podchodzić normalnie – to nadal jest nieetyczne.