13

To przygnębiające, że w cyfrowym świecie tylko piractwo pozwoli zachować treści na lata

Jeżeli przyjrzycie się historii gier wideo w ostatnich 15 latach to nagle okazuje się, że znikające bezpowrotnie treści ocaliło... piractwo.

Przez lata obserwowaliśmy jak piractwo psuło rynek pojawiających się na rynku konsol. Dla jednych pobierane z sieci czy kupowane na targach gry były gwoździem do trumny, innym… po prostu psuły (i tak fenomenalne) wyniki, które potencjalnie mogłyby wykręcić, gdyby nie to, że tysiące ludzi na całym świecie cieszyło się tą rozrywką za darmo. Tego zmierzyć się nie da, ale trudno dyskutować z tym, że piractwo jest złe. Czasy się jednak zmieniły — teraz nie wszystkie gry wydawane są fizycznie. I z całą moją miłością do cyfrowych zakupów, to trudno nie zauważyć że tamtejsze treści potrafią zniknąć bezpowrotnie z dnia na dzień. I w przypadku zamkniętych systemów (tu: konsol) tylko ich złamanie i stworzenie w ten sposób pełnej kopii daje gwarancję tego, że za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat ktoś będzie mógł uzyskać dostęp do wybranych tytułów w formie, jakiej wówczas zostały wydane.

Tak, jestem za tym, by ktoś miał kopię. Szkoda, że inaczej nie da się jej wykonać

Od wielu miesięcy obserwuję serwis i profil na Twitterze Delisted Games. O ile nie boję się że stracę dostęp do zakupionych przeze mnie treści (bo nawet jeżeli te nie są dłużej dostępne w sklepie, nie trafiłem jeszcze na sytuację, w której to zabrano mi dostęp do treści za które  zapłaciłem — a gdy to się wydarzy, prawdopodobnie i tak nie zauważę), to cały czas obserwuję zapowiedzi produkcji które mają wkrótce zniknąć ze sklepów. Tak wiecie, na wypadek, gdyby były to gry które mam na mojej liście „do kupienia”. Ale faktem jest, że gry pojawiają się i znikają — na tę chwilę w bazie danych serwisu jest ponad 1200 tytułów, które zostały zdjęte z cyfrowych sklepików.

I tak długo jak mowa o grach wydanych w pudełkach czy też dostępnych na PC w wersji bez zabezpieczeń DRM — nie ma problemu. One przetrwają. Ale co z całą resztą? Tutaj nie ma dobrej odpowiedzi. Pozostaje wyłącznie wiara w to, że uda się zrobić kopię dla potomnych dzięki złamaniu systemu i — nie bójmy się tego nazwać po imieniu — najzwyklejszemu w świecie piractwu. I kiedy kilka lat temu czytałem że skopiowano dosłownie całą zawartość eShopu na Wii, to miałem mieszane uczucia. Teraz — choć sam z niego nie skorzystam, bo swojego Wii nawet nie podłączałem od kilku dobrych lat do TV — cieszę się że komuś udało się tego dokonać. Bo to jedyny sposób, by mieć dostęp do tych treści (a przypominam, że Wii poza tym że miało kilka super gier w eShopie, to oferowało też pięknie emulowane zestawy klasyków), skoro nie da się ich już legalnie kupić. I mam tu na myśli: dokładnie te treści. Nie porty, nie emulacje, a właśnie TE gry uruchamiane na TEJ konsoli, w TYCH wersjach. Oryginalnych.

game boy color

Sidła cyfrowego świata. Gdyby tak było od początku, Video Game History Foundation nie miałoby racji bytu, bo zawsze byłyby luki

Kolekcjonerzy lubią fizyczne wydania — i choć na temat trwałości nośników można rozprawiać godzinami, to pewnym jest, że z dnia na dzień nikt nie „wyjmie wtyczki”, a wiele lat po premierze wciąż będzie można dostać grę w jej premierowym wydaniu. Problemem może okazać się, rzecz jasna, jej cena — ale z rynku nie zniknie. A jeśli ma fizyczne wydanie, to jest duża szansa, że któryś z nośników przetrwa i uda się zrobić kopię, by zachować ją dla dalszych pokoleń. W przypadku zamkniętych systemów, cyfrowych licencji i innych sztuczek – takiej szansy nie ma. A gry znikają co rusz. Czasem pojawiają się po kilku latach (przyznam że nawet nie zauważyłem zniknięcia Scott Pilgrim vs. The World, ale radość towarzysząca powrotowi po latach była dla wielu ogromna), czasem nie. Ale jedno jestem pewny — im dłużej śledzę Video Game History Foundation, tym bardziej doceniam ich wkład, pracę i zaangażowanie. I chciałbym by absolutnie wszystkie gry mogły doczekać się swojej notki. Sam regularnie kupuję gry sprzed trzech dekad — obawiam się jednak że zakup w 2050 roku gier wydawanych teraz może nie być w ogóle możliwe. Cienie i blaski cyfrowości.