167

Przykro mi to mówić, ale właśnie trwa sezon na ginących pieszych

Piesi to, piesi tamto, piesi powinni być bardziej chronieni, mieć pierwszeństwo jeszcze przed wejściem na przejście... Uch. Piszę ten tekst pod wpływem niemałych emocji, już trochę po tym, jak spotkałem się z kompletnym brakiem wyobraźni kierowców, którzy w dyskusji w ramach lokalnej grupy na Facebooku podzielili się swoim poglądem na to, co piesi powinni, a co kierowcy robią - lub czego nie robią.

Nie będę wspierał się konkretnym przypadkiem śmierci pieszego w Polsce – miałbym w czym wybierać, bo statystyki mówią jasno: prawie codziennie w naszym kraju ginie niechroniony uczestnik ruchu drogowego. I tutaj fakt – za 1/3 takich przypadków odpowiadają sami piesi. Ale jednak, za dwie trzecie już kierowcy. Czy aby nie jest to moment na pewną refleksję na temat tego, jak powinniśmy żyć wspólnie ze sobą w dżungli jaką są polskie drogi?

Wielu z Was pewnie powie, że bredzę: nie przeczę, bo od kilku dni dzielnie walczę z drobnoustrojstwem, które nie chce wypuścić mnie z domu. Ustalmy jednak jeden, bardzo istotny fakt, który nada tor moim rozważaniom.

Pieszy w starciu z autem zawsze przegrywa. Zawsze.

50 km/h to dużo

Możecie zasypać mnie teraz filmikami z Liveleaka, w których pieszy, nawet po makabrycznym zderzeniu podnosi się i zdaje się w miarę nieźle funkcjonować. Po pierwsze, nie jesteście pewni, czy ten człowiek za chwilę nie wywróci się, bo skończy mu się adrenalina w organizmie i nie ujawnią się poważne obrażenia wewnętrzne. Po drugie, w całej statystyce zdarzeń, w których biorą udział piesi i auta – to jednostkowe przypadki. „Szczęścia w nieszczęściu”.

Widzicie, Drodzy Kierowcy (ja również się do nich zaliczam), nas otacza blacha. Siedzimy w mniej lub bardziej wygodnych fotelach, w nowych samochodach są zainstalowane fikuśne systemy ochrony pieszych, awaryjnego hamowania i tak dalej. Ale żaden mechanizm nie zastąpi zdrowego rozsądku. Nawet, jeżeli jedziesz te przepisowe 50 km/h i trafi Ci się, że władujesz się w pieszego – pieszy najpewniej umrze. Będzie mieć połamane nogi, roztrzaskaną czaszkę, masywne krwiaki mózgu, krwotoki wewnętrzne i umrze Ci, człowieku przed autem. Będziesz pamiętać ten widok – niezależnie od tego, czy jest to Twoja wina, czy nie. Tobie pewnie nic się nie stanie, ale niechroniony uczestnik ruchu drogowego zostanie skutecznie wylogowany ze świata. A jeśli mu się uda przeżyć, może być do końca życia niepełnosprawny. Tego chcemy?

Mądrości kierowców mnie już nawet nie rozczulają

One mnie po prostu irytują. Mierżą. Żeby nie napisać znacznie mocniej. „Pieszy niech się rozgląda”, „pieszy niech patrzy pod nogi”, „niech zagląda za pojazd, który mu ustępuje pierwszeństwa”, „niech się święte krowy ogarną”. Kochani, czytałem tego typu wypowiedzi pochodzące od osób, które uważają się za dobrych kierowców, albo – co gorsza – są kierowcami zawodowymi. Jeden taki nawet żalił się, że w trakcie ostrego hamowania z zestawem grozi mu uszkodzenie ładunku i konsekwencje. Wiecie, co? Ja bym nie był taki odważny, żeby zestawiać ludzkie życie z jakimś tam ładunkiem… na korzyść ładunku. Choćby nie wiem, co w nim było.

„Niech zagląda za pojazd, który mu ustępuje pierwszeństwa” – to już jest kompletny dramat, za coś takiego powinno się z urzędu zabierać lejce – najlepiej dożywotnio. Temat już przeze mnie wałkowany – wyprzedzanie na przejściu dla pieszych. Omijanie pojazdu, który ustępuje pierwszeństwa pieszemu to już jest parszywość do kwadratu. Wyprzedzanie natomiast to manewr, którego wielu mimo wszystko nie rozumie. To nie jest tylko „trójeczka, rura, w lewo i na prawą stronę”, ale również… poruszanie się szybciej na drogach wielopasmowych. I na tych również znajdują się przejścia dla pieszych bez sygnalizacji świetlnej. Wielu z Was, Drodzy Kierowcy, którzy nie rozumiecie idei tego manewru wykonuje go codziennie w miastach, na takich właśnie drogach. I nawet o tym nie wiecie.

Czytaj więcej: Piesi to… problem dla autonomicznych samochodów

Czyli co? Pieszy, któremu ustąpiono pierwszeństwa na drodze z wieloma pasami ruchu w jednym kierunku powinien przystanąć przy krawędzi pojazdu, który go „przepuszcza” i upewnić się, że nikt nie nadjeżdża na drugim pasie? Tak, powinien. Dlatego, że kierowcy mają przepisy daleko w poważaniu. Tylko, wiecie – jak zdmuchniecie pieszego na przejściu, to cofnijcie się do akapitu z poprzedniego śródtytułu.

Pieszy i rowerzysta też lubi zawalić sprawę

Mamy połówkę listopada, szybko robi się ciemno i często pada. Nie wszyscy jeszcze zmienili ogumienie na zimowe… a co tam. W niektórych autach czy zimowe, czy letnie – ogumienie nadaje się tylko na śmietnik albo do „stylowego ogródka”, a gładkością przypomina „slicki” z F1. Po zmroku widać czasami bardzo niewiele, szczególnie jak się rozpada. A ubranego na ciemno pieszego, czy nieoświetlonego rowerzysty… możesz po prostu nie zauważyć.

Do tego, piesi uwielbiają przechodzić w naprawdę dziwnych miejscach, bez wyczucia. 10 metrów od przejścia dla pieszych, babcia sobie skraca drogę do przychodni truchtem, oczywiście tuż przed maską auta. Sytuacja sprzed tygodnia: skrzyżowanie Paderewskiego z Geodetów. Pan Dziadzio zdecydował się przejść sobie przez drogę… przekraczając skrzyżowanie po przekątnej, żeby nie musiał dwa razy na pasach stać. Na trąbienie zdumionego kierowcy odpowiedział coś w stylu „wyp******aj”. Okej.

Ostatnio dosyć często robię trasę: Rzeszów – Radom, jadę sobie grzecznie przez Kolbuszową, Nową Dębę, Kawałek Tarnobrzega, Łoniów, Opatów, Ostrowiec Świętokrzyski i… wierzcie mi lub nie – ale po prostu mam dziwny nawyk sprawdzania przejść na rondach dwa razy. Dzięki temu nie wjechałem (z niewielką prędkością) w chłopaczka, który po pasach (nie dla rowerów) radośnie przejeżdżał: rowerem, rozmawiając przez telefon, bez oświetlenia (a było wieczorem). Na sygnał dźwiękowy odpowiedział… zupełnie tępym wyrazem twarzy. Także, Drogi Chłopaczku, jeżeli w wyżej wymienionych okolicach pamiętasz taką sytuację ze swoim udziałem… a zresztą. W ogóle, rowerzyści lubią wykonywać dziwne manewry i raz zachowywać się jak użytkownik tej samej drogi, co auta, a raz jako pan i władca specjalnie dla nich wytyczonej ścieżki. Mimo, że mają obydwie opcje dostępne w tym samym momencie – czyli… muszą wybrać ścieżkę!

Ponarzekałem sobie trochę na pieszych, których nie widać, bo odblaski to przecież obciach, na rowerzystów, którzy robią „dziwne rzeczy” oraz na niechronionych uczestników ruchu, którzy mają gdzieś przepisy ruchu drogowego i pakują się pod koła pędzących pojazdów. Ale, Drodzy Kierowcy – my musimy być nieco mądrzejsi – z jednego prostego powodu. Powtórzę się:

Pieszy w starciu z autem zawsze przegrywa. Zawsze.

Wolę schować w kieszeń honor, dumę i cholera wie co jeszcze, niż ryzykować tym, że kiedyś uda mi się „stuknąć” pieszego. Zwalniajmy przed przejściami, rozglądajmy się, obserwujmy, analizujmy. Popatrzmy na tych pieszych i rowerzystów nieco łaskawiej – choćbyście jechali przerdzewiałym gratem, którego słychać jak ruda żre – jeżeli wjedziecie w niechronionego uczestnika ruchu drogowego: wygracie. A na drogach nie chodzi o to, żeby wygrać. Chodzi o to, żeby dojechać do celu. Cało, zdrowo i szczęśliwie.

Tego Wam życzę – zawsze.