6

Paralotnią gwiazd nie dosięgniesz

Autorem poniższego wpisu gościnnego jest Łukasz Urynowicz Coraz większa ilość naszych danych w chmurze dziś już nikogo nie dziwi, a użytkownik może przebierać w dużej liczbie serwisów świadczących usługi tego typu. Niezależnie od sprzętu jaki posiadamy (komputer, tablet, smartfon) czy systemu, na jakim on działa, możemy mieć bezpośredni dostęp do naszych najważniejszych dokumentów – tu […]

Autorem poniższego wpisu gościnnego jest Łukasz Urynowicz

Coraz większa ilość naszych danych w chmurze dziś już nikogo nie dziwi, a użytkownik może przebierać w dużej liczbie serwisów świadczących usługi tego typu. Niezależnie od sprzętu jaki posiadamy (komputer, tablet, smartfon) czy systemu, na jakim on działa, możemy mieć bezpośredni dostęp do naszych najważniejszych dokumentów – tu i teraz. Konkurencja jest spora – jak więc wybić się ponad przeciętność i przekonać potencjonalnego klienta do swojego produktu? Proponując kompleksowe przeniesienie desktopu w wirtualne przestworza – tak przynajmniej pomyślało ostatnio kilka firm.

TechCrunch Disrupt obrodził nam „chmurzastymi” projektami, których ambicją jest uniezależnienie użytkownika od konwencjonalnego systemu operacyjnego. Przed kilkoma dniami Tomasz Popielarczyk napisał o projekcie Carbyn, który ma być odpowiedzią na dylematy związane z mobilnością kompletnego środowiska pracy bez konieczności taszczenia ze sobą laptopa czy tabletu. Wszystkie ulubione webowe aplikacje i dokumenty na pulpicie przyozdobionym tapetą z motywem z naszego ulubionego serialu – czy to na komputerze w miejskiej bibliotece, czy na służbowym notebooku.

Z kolei wczoraj Kamil Mizera wspomniał o łudząco podobnym przedsięwzięciu nazwanym ZeroPC. Od Carbyn różni się tym, że ten drugi posiada model biznesowy polegający na opłatach za proporcjonalnie wykorzystane miejsce i głównie na tym się jego innowacyjność opiera. Obaj Panowie o powyższych startupach wyrazili się dość chłodno, co po przeanalizowaniu wad i zalet akurat nie dziwi. Dziwi z kolei mnie to, skąd nagle entuzjazm związany z pomysłem przeniesienia stricte desktopowego interfejsu w chmurę? Twórcy albo przez kilka lat spali, albo nie odrobili lekcji.

Pamiętam jak dziś, jak w którymś z PC Formatów z bodaj 2002 roku czytałem o WebOS (zbieżność nazw przypadkowa). Przy ówczesnym sposobie korzystania z Internetu (przy dźwiękach wybieranego 0202122) nie mieściło mi się w głowie, jak takie rozwiązanie może funkcjonować, a przede wszystkim jak z tego efektywnie korzystać nie rujnując domowego budżetu. Zresztą po co komu pulpit w przeglądarce, skoro ma swój własny, stacjonarny? Temat zaszufladkowany został jako ciekawostka i przepadł w mrokach cyberprzestrzeni.

Kilka lat później wraz z powiewem AJAXowej świeżości na horyzoncie pojawił się eyeOS – desktop sieciowy oferujący hosting plików (niestety via FTP), umożliwiający instalację na własnym serwerze. Narzędzie rozbudowane, proste w obsłudze i ładnie wyglądające (rozwijane zresztą do dziś) – koncept jednak wyprzedził nieco swoje czasy, a i trafiający tylko w niszę entuzjastów Web 2.0 (nikły buzz, tylko self-hosting).

W dobie, gdy ChromeOS zaczyna nabierać rozpędu, zadać można pytanie: po co to komu? No właśnie: wspomniany już wcześniej system od Google czy Jolicloud stanowią skuteczne i stabilne alternatywy dla tradycyjnego desktopowego paradygmatu. Czy na pewno? ChromeOS jest najbliżej absolutu w kwestii całkowitego spełnienia postulatów cloud computing – jest system będący przeglądarką i koniec. To działa. Jolicloud z kolei ma świetny interfejs i łączy aplikacje napisane w HTML5 z klasycznymi linuksowymi, ale jest niepotrzebnie przeładowany opcjami tradycyjnego Ubuntu. Całe dodatkowe oprogramowanie jest tylko ukryte pod estetyczną otoczką (spróbujcie skorzystać ze skrótu klawiszowego przełączającego pulpity) i niepotrzebnie obciąża komputer. Większość użytkowników nawet gdyby wiedziała o jego istnieniu, to i tak pewnie by zeń nie skorzystała. Niestety daleko Joli OS (a także naśladowcom, jak PeppermintOS) do definicji just enough operating system.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: kupujemy netbooka czy pełnowymiarowego laptopa z modemem i chcemy skupić się w 100% na pracy w Internecie z ulubionymi aplikacjami webowymi. Do wyboru mamy ChromeOS, a także kilka innych systemów, opierających się dokładnie na tej samej zasadzie (różniących się silnikiem renderującym strony). Po instalacji takiego podstawowego „lokalnego” okna na świat wybieramy sobie potem najwygodniejszy pulpit „chmurowy”.

Czy to ma sens? Moim zdaniem tak. Nie warto rzucać się z hurraoptymistyczną wizją w nurt cloud computingu, gdy nie widać na razie żadnych (alternatywnych do ChromeOS) narzędzi do obsługi chmury. Na pewno proces przejścia do cloud computing potrwa kilka ładnych lat, ale tworząc kompletną wizję jego funkcjonowania takie przejście może być o wiele mniej bolesne dla przeciętnego użytkownika.