127

Niemcy prawie zaspokoiły potrzeby energetyczne kraju korzystając z zielonej energii

Energia z odnawialnych źródeł to bajka dla hipsterów, a nie realna alternatywa dla paliw kopalnych czy elektrowni atomowych - tak sprawę przedstawiają przeciwnicy zielonych rozwiązań. Powtarzają, że wykorzystywane dzisiaj technologie są niewydajne, a produkowana energia jest po prostu zbyt droga. I trudno nie zgodzić się z tymi zarzutami, ale nie oznacza to, że inwestycje w OZE to błąd. Świeżym przykładem Niemcy, które kilka dni temu niemal zaspokoiły swoje potrzeby energetyczne korzystając z zielonych źródeł.

Niemcy w niedzielę wysoko zawiesiły poprzeczkę: około 90% swoich potrzeb energetycznych kraj był w stanie zaspokoić korzystając z odnawialnych źródeł. Owszem, nie oznacza to, że tak już zostanie – tego dnia warunki były idealne, wiał wiatr i było słonecznie, a przecież nie będzie tak przez cały czas. Ale potwierdziło się, że niemieckie inwestycje nie są pozbawione sensu.

Dania też tak potrafi, ale…

Kilka kwartałów temu pisałem o podobnym wyczynie duńskiej energetyki – podaż zielonej energii przewyższyła potrzeby kraju i energia była eksportowana. Później okazało się, że w całym 2015 roku duńskie wiatraki wytworzyły energię elektryczną, która mogła zaspokoić ponad 40% potrzeb kraju. Robi wrażenie. Jednak w przypadku Niemiec jest ono jeszcze większe, ponieważ zmienia się skala. Niemcy to duży kraj, jego potrzeby energetyczne są wyższe. Wyższe są też nakłady na OZE.

Warto odnotować, że tylko w ubiegłym roku Niemcy wydały na inwestycje w OZE 8,5 mld dolarów, co zapewnia im miejsce w światowej czołówce państw pakujących pieniądze w ten biznes. To Niemcy są dzisiaj liderem, gdy mowa o mocach wytwórczych na farmach solarnych. Widać wyraźnie, że nasz zachodni sąsiad nie żartuje. Zresztą, wskazują na to jego plany, dość ambitne: w roku 2050 kraj chce polegać w 100% na energii odnawialnej. Jedni stwierdzą, że to szaleństwo, inni pewnie przyklasną.

Niemcy proponują baterie na ścianę, produkcję wodoru

Niedzielne osiągniecie niemieckiej energetyki spotkało się ze sceptycyzmem, który słyszeliśmy już niejednokrotnie: ok, potrzeby zostały prawie zaspokojone, dalsze inwestycje sprawią, że czasem będą produkowane nadwyżki energii. Ale co robić w sytuacji, gdy nie wieje wiatr i nie świeci słońce? Skąd wtedy brać energię elektryczną? Najprostszą odpowiedzią będzie import. Ale to pewnie nie stanie się wyjściem jedynym i ostatecznym. Możliwe, że nie ma tu jednego właściwego rozwiązania, pojawi się ich cały pakiet.

Pisałem kiedyś, że korporacja Daimler pracuje nad bateriami dla domów, odpowiednikiem akumulatorów naściennych Tesli i trzeba podkreślić, że ten projekt nie umarł – niedawno o nim przypomniano, produkt nabrał realnych kształtów. Wdrożenie tego rozwiązania na masową skalę chociaż częściowo zmieniłoby sytuację i uniezależniło część gospodarstw od sieci energetycznej (o ile same będą produkować energię). Do tego dochodzi projekt wykorzystywania OZE do produkcji wodoru i przechowywania tego paliwa jako sposób na radzenie sobie z nadwyżkami i niedoborami energetycznymi. Na razie jest to pieśń przyszłości, ale do pomysłodawców płyną pieniądze na dopracowywanie technologii.

W końcu będzie taniej

Krytykom OZE powtarza się coraz częściej, że ta energia w końcu stanie się tańsza. Wystarczy odpowiednia skala oraz dalsze podnoszenie wydajności, a za kilka-kilkanaście lat paliwa kopalne znajdą się w mocnym odwrocie. I będzie to globalny trend, sprawa nie skończy się na podwórkach niemieckim i duńskim. Przypomnę, że niedawno pisałem o zmianie przepisów w San Francisco, będą one promować inwestycje w panele słoneczne i solary, w podobnym kierunku zmierza też Las Vegas stawiające na zieloną energię. Miliardy na OZE wydają i Chiny i Indie.

Sporo ciekawych informacji na ten temat można znaleźć pod tym adresem, Niemcy prezentują tam sektor OZE, jego wpływ na gospodarkę, środowisko, gospodarstwa domowe itd. Z danych i prognoz wynika co prawda, że Niemcy nie odrzucą nagle węgla i atomu, ale w końcu może do tego dojść. A poprzednia niedziela dowodem na to, że największa europejska gospodarka ulega transformacji.