9

Nie ma kasy na New Connect dla startupów

Autorem artykułu jest Marcin Przasnyski z StockWatch.pl. Jeżeli masz startup i przymierzałeś się do wejścia na małą giełdę, możesz pojawić się w ten piątek na terenie GPW, gdzie organizowana jest największa konferencja dotycząca tego rynku i porozmawiać z autoryzowanymi doradcami oraz spółkami. Z mojego punktu widzenia rynek jest w głębokiej zapaści i można go sobie […]

Autorem artykułu jest Marcin Przasnyski z StockWatch.pl.

Jeżeli masz startup i przymierzałeś się do wejścia na małą giełdę, możesz pojawić się w ten piątek na terenie GPW, gdzie organizowana jest największa konferencja dotycząca tego rynku i porozmawiać z autoryzowanymi doradcami oraz spółkami. Z mojego punktu widzenia rynek jest w głębokiej zapaści i można go sobie nie dłuższy czas odpuścić, a jeżeli potrzebujesz kapitału, szukaj go inną drogą.

Żeby wszyscy czytający byli na bieżąco, o co chodzi w New Connect: jest to sposób wprowadzenia do obrotu giełdowego nowo wyemitowanych akcji spółki akcyjnej. Nie ma charakteru oferty publicznej, dlatego nie nazywa się tego IPO. Najpierw spółka w ofercie prywatnej (kryterium – liczba inwestorów musi być mniejsza od 100) emituje nowe akcje i pozyskuje kapitał, potem wszystkie akcje są dematerializowane i zapisywane w KDPW, a giełda zaczyna je notować, czyli inwestorzy mogą nimi obracać tak jak na dużych spółkach z głównego parkietu.

Zalety dla spółek i ich dużych akcjonariuszy to pojawienie się na rynku publicznym dosłownie za grosze w porównaniu do kosztów wejścia na duży parkiet, gdzie dodatkowo jest wymóg minimalnej wyceny ok. 50 mln zł. Zaletą jest też pozyskanie kapitału rzędu miliona złotych od rozproszonego akcjonariatu, dużo bezpieczniejsze od zadania się z funduszem z punktu widzenia możliwości kolejnych ruchów kapitałowych. NC otwiera też prostszą drogę do kolejnych emisji.

Zalety dla małych inwestorów to możliwe ogromne stopy zwrotu, szczególnie na debiucie, kiedy to na rynku zaspokajał się popyt wygenerowany wcześniej. Dużo ludzi przegapiało oferty prywatne, bo nie wolno o nich informować, albo nie chciało wiązać na kilka miesięcy kapitału – stąd duże zakupy i duże wzrosty w pierwszych kilku dniach po debiucie. Jednocześnie inwestorzy z oferty prywatnej sprzedając kasowali kilkudziesięcio- do stukilkudziesięcioprocentowych zysków.

Wady? Całe mnóstwo. Zbyt dziurawe regulacje, wpuszczające spółki nastawione tylko na drenowanie inwestorów z pieniędzy. Za duże parcie giełdy na zwiększanie liczby emitentów. Również parcie autoryzowanych doradców, żyjących z opłat i prowizji od wprowadzania spółek na NC. A już na samej giełdzie zbyt płytki rynek, przez co nawet niewielkie harce spekulantów potrafią szarpać kursem o dziesiątki procent.

Efekty na dzisiaj:

  • Mamy koniec sierpnia i dotąd było tylko 61 debiutów. Może nie jest to mało, ale rok temu o tej porze licznik pokazywał równo dwa razy tyle.
  • Nadal niektóre spółki są pchane na siłę. Dziesięć spółek pozyskało przed debiutem kapitał rzędu 300 tys., w kilku wypadkach nawet mniej. Te pieniądze nie wystarczą na nic.
  • Łączna wartość pozyskanego kapitału wyniosła 112 mln zł, ale połowa tej kwoty przypada na siedem największych debiutów – dużych spółek, które tą drogą idą sobie po cichu i po taniości na główny rynek.
  • Spekulanci sobie poszli. Wprawdzie aż 41 debiutów miało pierwszego dnia dodatnią stopę zwrotu na koniec sesji, z tego 17 na poziomie co najmniej +50%, to jednak na całym rynku jest marazm. Handel nie kończy się pierwszego dnia. Tymczasem na rynku mamy 409 notowanych papierów (skład można obejrzeć tutaj, a obroty gasną i gasną, i gasną i gasną.

Skalę zjawiska można oglądać na interaktywnym wykresie tutaj.

Średni wolumen przez ostatnie kilka miesięcy nie przekracza 10 mln szt. akcji dziennie. W ostatnich tygodniach nawet ostro wzrosło, bo przez wakacje obroty bywały i poniżej 4 mln szt. A wystarczy cofnąć się o dwa lata, żeby zobaczyć dzienne obroty rzędu 50 mln szt., skaczące niekiedy nawet powyżej 100 mln szt. akcji. Na obrazku historia ostatnich 2 lat wygląda tak:

Sprawa jest prosta: jeżeli inwestorzy nie mogą wyjść, to nie wejdą w twój startup, nawet jeżeli będzie o klasę lepszy od innych. Ryzyko rynkowe dotyczy wszystkich i gra pod prąd ma zwykle niewielkie szanse powodzenia. Tym bardziej nie powinieneś się zgadzać, jeżeli już masz na pokładzie inwestora i chciałby jak to się obiegowo mówi, wyjść przez New Connect. Drzwi są za wąskie, jak się będzie pchał to wyrwie futrynę i kawał ściany. Jeżeli teraz jest pora na jakieś ruchy na małej giełdzie, to właśnie na kupowanie dramatycznie przecenionych akcji. Jest tylko jeden problem: właściwie nie ma w czym wybierać. Dobre spółki wiele nie spadły, a pozostałe w większości są drogie.

Znacznie ciekawsze okazje są na głównym rynku, gdzie płynność jest większa, a obowiązki informacyjne pozwalają dużo lepiej prześwietlić spółki. I tak oto NC ze słusznej idei stał się rozkopaną autostradą, po której nie da się ani jeździć, ani chodzić, a pieniądze poszły. Czy coś się poprawi? Nie liczę na pracę u podstaw, tylko na dalsze spadki. Może pociągną za sobą masowe delistowanie emitentów, co pozwoli bez interwencji ani regulacji znaleźć twarde dno i zacząć na nim budować jeszcze raz, od nowa, tym razem bogatszym o doświadczenia.

Więcej o piątkowej konferencji na GPW poświęconej New Connect oraz jeszcze młodszemu i nie mniej problematycznemu rynkowi obligacji Catalyst.