netflix zmiany
12

Netflix miał zabić kina, ale brakuje dowodów. Rozmawiamy z gwiazdami Hollywood

Po tym, jak Netflix musiał pogodzić się ze swoją nieobecnością na festiwalu filmowym w Cannes, kłopotliwa sytuacja nieco przycichła. Temat wracał później kilkukrotnie, ale nie za sprawą tak silnego nazwiska jak Steven Spielberg, który dał wszystkim do zrozumienia, jak postrzega działalność Netfliksa. Przy okazji spotkania z gwiazdami filmu "Potrójna granica" poruszyliśmy ten temat i zapytaliśmy, co sądzą o tej sytuacji bezpośrednio zaangażowani w projekt Netfliksa.

Jeśli jakimś cudem przegapiliście zamieszanie wokół słów Stevena Spielberga nt. Netflix, to przypomnę je dla Was. Znany i ceniony reżyser, który nakręcił ostatnio m. in. „Czwartą władzę” (dwie nominacje do Oscara),  zapowiedział podjęcie działań, które miałyby doprowadzić do zablokowania walki filmów platformy streamingowej o Oscary i inne nagrody filmowe. Oczywiście przyczynkiem do takiej dyskusji jest krótki czas obecności takich filmów jak „Roma” w repertuarach kinowych i błyskawiczna premiera online (czasem równoczesna z wejściem do kin). Zdaniem Spielberga tego typu produkcje powinny dołączyć do walki o nagrody telewizyjne.

Gwiazdy filmu Netflix „Potrójna granica” o konflikcie

Jako, że zorganizowane przez Netflix spotkanie dziennikarzy z Benem Affleckiem, Oscarem Isaaciem, Charliem Hunnamem, Garretem Hedlundem i J.C. Chandorem nastąpiło niedługo po słowach Spielberga, wszystkich nas intrygowało, jak aktorzy i reżyser „Potrójnej granicy” skomentują całą sytuację. Dlatego przy pierwszej okazji zapytałem o to Bena Afflecka.

Ben Affleck: Część tej dyskusji odnosi się do nagród filmowych. A to nie jest coś, na czym się skupiam, gdy decyduję się na realizację filmu. To raczej szansa do podjęcia pracy i współpracy z innymi aktorami, reżyserem i scenarzystą. W tym kontekście, praca nad Potrójną granicą nie różniła się od pozostałych. To raczej temat na dyskusję już po wszystkim – kto ma do niego prawa, jak będzie dystrybuowany? Te pytania pojawiają się w zależności od tego, który dystrybutor zajmie się filmem. Jakim budżetem na promocję dysponuje? W jakich miastach będzie pokazywany? To wszystko staje się dość techniczne, szczegółowe. Dla mnie najważniejsze jest, by skoncentrować się na tym, co mam zrobić i zrobić to jak najlepiej potrafię.

Dlatego następnym pytaniem było to o perspektywy dalszej współpracy z Netfliksem, również w roli reżysera.

– Z przyjemnością przygotowałbym film dla Netfliksa jako reżyser. W ciągu pierwszego miesiąca ten film [Potrójna granica] będzie dostępny w kinach, więc możemy wchodzić w te wszystkie szczegóły, jak liczba kin, czas obecności w repertuarze i tak dalej, ale najważniejsze jest to, że jeśli chcesz, to możesz go zobaczyć w kinie. A dodatkowo, i tutaj doceniam “żądzę przygód” u Netfliksa, którego zakres działalności jest naprawdę szeroki, jeśli chodzi o rodzaje filmów. Przecież 90% pracy przy produkcji to doprowadzenie do jej realizacji – zachęcenie twórców, odnalezienie dobrych partnerów, zatrudnienie odpowiednich ludzi. Oferują naprawdę fajne warunki i możliwości, twórcy są podekscytowani współpracą z nimi. Scorsese przygotowuje The Irishman, który wyjdzie w przyszłym roku, a nie brakuje filmów, które powstają z myślą o dystrybucji kinowej. Nie ma to dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, dopóki masz możliwość zobaczyć film w kinie, a dodatkowo posiadasz opcję obejrzenia go na jednej z dostępnych platform, to wszystko w porządku.

Polecamy: Rozmawiamy z Affleckiem, Isaacem i J.C. Chandorem o „Potrójnej granicy”

Nieco bardziej powściągliwy w swoich wypowiedziach był Oscar Isaac, który ma za sobą udział w dwóch przeogromnych widowiskach z sagi Gwiezdnych Wojen, a w tym roku zobaczymy domknięcie najnowszej trylogii z jego udziałem.

Oscar Isaac: – J.C. [Chandor] już o tym wspominał. Myślę, że faktycznie będzie zachodziła pewna zmiana. Nie byłbym zaskoczony, gdyby Netflix stał się czymś na wzór Apple Store, gdzie mógłbyś wejść, a tam oglądać filmy, które są strumieniowane przez tydzień czy dwa. Ta ewolucja będzie kontynuowana. W coś, co nie jest tym, czym dysponujemy teraz i sprawy nie wrócą do tego, czym były wcześniej. Jest tak wiele treści, jesteśmy przyklejeni do naszych telefonów, nie sądzę, że będą istniały dwa różne byty obok siebie i w końcu połączą się w coś nowego.

Czy jego zdaniem filmowcy dysponują większą swobodą, gdy współpracują z Netfliksem? Pytanie to jest zadawane przy każdej możliwej okazji, przy każdym projekcie streamingowego giganta.

– Nie jestem pewien czy znam odpowiedź na to pytanie, bo nie jest właścicielem studia, ale pierwsze 20 minut tego filmu [Potrójna granica] jest po hiszpańsku i nie jestem przekonany, czy byłoby to możliwe, gdyby film trafiał tylko do kin.

W podobnym tonie, choć nieco obszerniej skomentował sytuację scenarzysta i reżyser „Potrójnej granicy”, J.C. Chandor, który odniósł się też do sytuacji na branży filmowej:

– To nie dotyczy tylko Paramount [Pictures], ale chyba w całych Stanach nastąpił okres rozwidlenia rynku. Jest wiele filmów z budżetem poniżej 20 milionów i są też takie, które dysponują setkami milionów dolarów jak produkcje Marvel czy Star Wars. Moje filmy i te które lubię najbardziej znajdują się w grupie pomiędzy tymi dwoma – mają rozmach i są źródłem rozrywki, ale chcą też coś przekazać. Tak wygląda teraz rynek, chyba ma to coś wspólnego z kosztami promocji takich filmów, bo widzów trzeba nimi jakoś zainteresować. I dlatego kręcone są te wielkie, głośne produkcje.

To oczywiście gorący temat (…) i wymusza na nas posiadanie konkretnej opinii. Na całe szczęście ja takową mam – Charlie Hunnam 

Więc uważa, że Netflix wypełnia pewną lukę?

– Myślę, że tak. To dość jasne. W przypadku tego konkretnego filmu, współpracując z Paramount nie mógłbym nakręcić go w dwóch językach – było w nim bardzo mało hiszpańskiego. A cały początek jest taki naturalny w tym języku. Kiedy dowiedziałem się, że Netflix jest zainteresowany projektem, powiedziałem Oscarowi Isaacowi – znamy się od jakiegoś czasu – że chyba będę w stanie nakręcić cały wstęp po hiszpańsku. Oscaara mama pochodzi z Gwatemali, a jego tata jest z Kuby, mówi pięknym hiszpańskim i gdy pojawiła się szansa z miejscem w jego grafiku dołączył do nas. Netflix, czerpiąc z doświadczenia przy innych projektach, ale również przy Narcos, zauważył, że widownia jest dziś znacznie bardziej wyrafinowana. Cała początkowa sekwencja bez języka hiszpańskiego nie miałaby nawet większego sensu, prawdę mówiąc. Dzięki wiedzy, którą posiadają, bo wiedzą co kto ogląda, zorientowali się, że nie brakuje osób, którym coś takiego się spodoba. Wspierali ten pomysł od początku.

– Miejmy nadzieję, że w końcu ta sprawa z premierami kinowymi zostanie rozwiązana, bo jesteśmy na etapie sporej przemiany – dysponujemy dużymi telewizorami w domach, co jest kompletnie innym doświadczeniem, niż kiedyś. Mieszkałem pod Nowym Jorkiem i podróż do niewielkiego kina zajmowała mi godzinę w każdą stronę, żebym mógł zobaczyć ekran wielkości telewizora LCD. A dziś każdy ma taki ekran w swoim salonie i zobaczyć każdy film, jaki powstał. I myślę, że chowanie głowy w piasek i udawanie, że do tego nie doszło, nie jest zbyt mądrym zachowaniem. To naprawdę zawiła sytuacja, a jako twórcy – na lepsze i gorsze – powinniśmy się do tego dostosować.

Ale czy swoboda oferowana przez Netflix jest jego tylko zdaniem zaletą? Jakie korzyści zauważa? Czy czuje się bardziej komfortowo?

– Z całą pewnością dzisiaj, bo nie muszę się obawiać wyników box office. A zazwyczaj w kilka dni przed premierą jestem taki zdenerwowany, bo ten pierwszy weekend jest decydujący, a moje filmy zawsze rozkręcają się dość powoli i nigdy nie miałem większych sukcesów w box office. Ale gdy filmy trafiały na inne platformy, na przykład Margin Call, którego niewielka część należy do mnie, obejrzały go setki milionów osób. To też mówi coś o dzisiejszej widowni – gdyby film debiutował, powiedzmy, 20 lat temu, a nie 8 lat temu, trafiłby do zupełnie innej widowni. A dziś ma ona wszystko w zasięgu kciuka. Netflix i ich model biznesowy dostarczają większych możliwości takim artystom jak ja.

Wszystkim zależało jednak na bezpośredniej odpowiedzi na pytanie związane z trudnościami Netfliksa w byciu uznanym przez Akademię Filmową czy Festiwal Filmowy w Cannes.

– Nagrody filmowe są świetne, spędziłem mnóstwo czasu z moim pierwszymi filmami, być może nawet zbyt długo czasu, w pogoni za tamtym światem i byłem naprawdę podekscytowany tym, że nigdy nie miałem takich planów w związku z tym filmem. Rynek musi rozwiązać tę sprawę, ale nie zakładałem, by ten film miał kroczyć taką ścieżką. Za każdym razem, gdy pojawia się technologia i wywraca wszystko do góry nogami, nastąpią jakieś zmiany.

To efekt „bezzasadnego strachu” przed zmianami

W trakcie spotkań z aktorami można było odnieść wrażenie, że Charlie Hunnam tylko czekał, aż ktoś wywoła go do tablicy. – To oczywiście gorący temat na tę chwilę, poświęcono mu wiele uwagi, szczególnie w tym tygodniu [wypowiedź Stevena Spielberga obiegła świat] i wymusza na nas posiadanie konkretnej opinii. Na całe szczęście ja takową mam. – zaczął, gdy został zapytany o narastający konflikt między platformami streamingowymi i rynkiem kinowym. – Rzeczywistość jest taka, że przemysł kinowy znacząco maleje na przestrzeni ostatnich 10 lat. Stał się tak konkurencyjny, że jego rozmiar zmalał. W 1998, gdy przybyłem do Ameryki i rozpocząłem pracę w filmie, ten system był odpowiedzialny za 600 filmów rocznie, a teraz ta wartość wynosi 10% tego. Konsekwencje są takie, że szanse dla każdego, kto tam pracuje szybko zmalały. Wielkie widowiska są trudne i drogie w realizacji, a studia współpracowały ze sobą na pewnym poziomie, by nie konkurować między sobą w weekendy [w kinach]. Planowano premiery i zaklepywano weekendy nawet o dwa lata do przodu. Z powodu ogromnych kosztów z tym związanych pojawia się pewien strach i obawa przed takimi sytuacjami, a wtedy pojawia się taki kanibalistyczny cykl, który zatrzymuje powstawanie oryginalnych i odważnych produkcji zmierzających do kin. Jestem świadkiem takiej sytuacji od 10 lat.

Dlatego myślę, że platformy streamingowe tworzą pewną przestrzeń dla powstawania dla mniejszych, niebanalnych i trudniejszych treści. Jako uczestnik tych wydarzeń, uwielbiam to i uważam, za bardzo wartościowe. I nie sądzę, że obydwa [światy] muszą trwać w tym konflikcie. To nie tak, że nie mogą współistnieć. Ich działalność się nakłada, ale w dużym stopniu oferują zupełnie co innego. I tak naprawdę sprowadza się do tego, czy filmy platform streamingowych powinny być brane pod uwagę przy nagrodach filmowych, jak Oscary i moim zdaniem tak, powinny być. Dzięki doświadczeniu przy pracy przy takich produkcjach, mogę powiedzieć, że aspiracje i wykonana praca w ogóle nie odstają od innych produkcji. Ale rozumiem obawy, jeśli ktoś ma interes w zachowaniu tego status quo będąc po drugiej stronie debaty.

Może chodzi więc o zwykły strach przed zmianami?

– Jeśli chodzi o rynek z dużą konkurencyjnością, strach jest jego nieodłącznym elementem. Zawsze. Ale myślę, że jest to strach bezzasadny – zarzutem ma być to, że streaming będzie śmiertelnym ciosem dla dystrybucji kinowej. Osobiście uważam, że wcale tak nie jest, jak na razie brakuje dowodów, które by na to wskazywały. Wpływy box office są cały czas ogromne.

Zobacz też: Przedpremierowa recenzja filmu „Potrójna granica”

Krótko, ale bardzo konkretnie podsumował to wszystko Garret Hedlund:

– Taki jest łańcuch ewolucji. Telewizja wpływała na kina, tak samo [robiły to] kasety VHS. DVD miało wpływ na sytuację kaset VHS. Dziś streaming wpływa na kondycję DVD, zamknięto wypożyczalnie na całym świecie. Tego się nie da powstrzymać i przekonujemy się o tym każdego dnia.

Kiedy więc doczekamy się kompromisu? A może nigdy i któregoś dnia doczekamy się dwóch równoległych światów z nagrodami filmowymi? Do organizatorów festiwalu w Wenecji wpłynął list od włodarzy festiwalu w Cannes – oczywiście z sugestią zablokowania udziału w konkursie produkcji dystrybuowanych przez Netflix. Nie przyniosło to żadnego skutku, ale w pewnym momencie sytuacja będzie musiała zostać rozwiązana.