Felietony

Tak zarzyna się klasykę. Szkoda czasu Waszych dzieci na Opowieść Wigilijną od Netfliksa

Patryk Koncewicz
4

Jeśli chcieliście naładować się świąteczną atmosferą oglądając Opowieść Wigilijną Netfliska, to lepiej sobie darujcie. Są od tego filmy.

Są takie dzieła kultury, których po prostu nie powinno się przerabiać. Tak jest na przykład z „Kevinem samym w domu” (skoro już jesteśmy w świątecznych klimatach), na którym filmowcy chcieli łatwym kosztem rozbić bank, a żaden z klonów nie jest choćby w połowie tak kultowy jak oryginał. Podobnie jest z Opowieścią Wigilijną. Powstało kilkadziesiąt ekranizacji opowiadania Charlesa Dickensa, a lwia część z nich okazała się miernotą do puszczania w tle podczas świątecznej kolacji. Dlaczego? Bo w grudniu sprzeda się każdy chłam, pod warunkiem że będzie miał bożonarodzeniowy motyw. I z tego samego założenia wyszedł też Netflix, tworząc animację dla dzieci, której nawet dzieci nie będą chciały oglądać.

Netflix, you had one job...

Jestem wielkim fanem Opowieści Wigilijnej Dickensa i jeszcze większym fanem jej adaptacji od Disneya z 2009 roku. Zarówno jedna jak i druga forma przekazu ma w sobie coś mistycznego, co sprawia, że przeżywa się je w emocjonalny sposób. Wątek fabularny bazuje oczywiście na dość sztampowych motywach, takich jak dysproporcje społeczne i wielka przemiana głównego bohatera, ale podane jest to w wyjątkowo strawny i porywający sposób, zarówno dla dziecka, jak i dojrzałego odbiorcy.

Źródło: Netflix

Nie wiem, czy to kwestia słabości do książki, czy kunsztu Disneya, ale animacja sprzed 13 lat idealnie wpisywała się w moje wyobrażenie o świecie przedstawionym. Zanim zasiadłem do nowej „adaptacji” od Netflix, obejrzałem ją jeszcze raz, aby upewnić się, czy pomimo upływu lat dalej ma w sobie to coś. Tak, bez wątpienia ma. Wiedziałem, że nie można oczekiwać tego samego kunsztu po ulubionej platformie streamingowej Polaków, ale to co, co zobaczyłem, przeszło moje największe obawy.

Opowieść Wigilijna to po prostu niskobudżetowy zapychacz

Scrooge: Opowieść wigilijna to animacja, która debiutowała w ubiegły tygodniu na Netfliskie. Za założenia miała być przeznaczona dla nieco młodszego odbiorcy, ale nauczony disneyowskim talentem do bawienia pokoleń i kierowany sympatią do oryginału postanowiłem dać jej szanse. Pierwszy zgrzyt zaczyna się już w początkowych sekundach. Okazuje się bowiem, że mamy do czynienia z musicalem, ale nie takim znośnym do przełknięcia, a do bólu irytującym nawet jak na tytuł dla dzieci. Mowię tu oczywiście o wersji dubbingowanej, choć angielski oryginał też nie jest dużo lepszy.

W oczy kłuje też sam styl animacji. Jest po prostu przeciętny i archaiczny, jakby żywcem wyjęty z niskobudżetowych wieczornek. ALE! Zaznaczę jednak dla obiektywnego przekazu, że duch starego Marleya wyszedł im całkiem nieźle i widowiskowo. Niestety to tyle z sukcesów, bo reszta duchów jest jakimś nieporozumieniem, a to przecież one stanowią trzon narracji. Czuć, że twórcy podeszli do tematu „po taniości”, oczekując, że młody widz nie ma wygórowanych oczekiwań, choć w rzeczywistości jest odwrotnie.

Nie pomagają też nieśmieszne gagi i żarty rodem z zapychaczy na publicznych kanałach dla sieci, którym daleko do disneyowskiego balansowania między humorem międzypokoleniowym. Netflix zdecydował się też na kilka zmian fabularnych – jak choćby dodanie nic nie wnoszącego psa – przez to ich Opowieść Wigilijną ogląda się po prostu ciężko, a część scen (zwłaszcza tych śpiewanych) można spokojnie pominąć bez utraty wątku.

I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest narzekanie boomera, bo umiem się postawić w roli dziecka, oglądając tytuł familijny, ale przez tej miernocie nie będą bawić się nawet wasze dzieci. Znacznie lepiej spędzicie czas oglądając disneyowską wersję, albo czytając klasyczną Opowieść Wigilijną do snu.

Obrazek wyróżniający: Netflix 

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu