netflix i wersje językowe
50

Pojechałem do Japonii, włączyłem Netflixa i srogo się rozczarowałem

Podobno gdziekolwiek nie pojedziemy, ma być... jak w domu. Globalna wioska, wszystko na wyciągnięcie ręki... problem polega jednak na tym, że to wszystko nie do końca działa tak, jakbyśmy tego oczekiwali. Przekonałem się o tym ostatnio odpalając Netflixa kilka tysięcy kilometrów od domu.

Wszędzie to samo, tylko że nie

Netflix to jedna z tych usług, po które sięgam najczęściej. Mimo że serwisów streamingowych w Polsce nie brakuje, to właśnie tam lądują serie, po które sięgam najczęściej. A jeżeli nie serie, to filmy — te fabularne i dokumentalne. I choć katalog jest mocno ruchomy (niestety — wbrew temu co byśmy sobie życzyli, materiały tam są nie tylko dodawane, ale także regularnie usuwane), to — przynajmniej w teorii — gdziekolwiek na świecie nie jesteśmy, mamy dostęp do całej biblioteki w ramach opłacania jednego konta. No i faktycznie — tak to działa. Nigdy w podróży nie mogę przejść obojętnie obok choćby jednego odcinka moich ulubionych Przyjaciół, które są największym brakiem polskiego katalogu. Ostatni urlop spędziłem w Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie w netflixowej ofercie znalazło się dużo „egzotycznych” tytułów, które nigdy do nas nie dotarły. Cały pakiet anime i tamtejszych seriali zrobił na mnie ogromne wrażenie — do czasu, kiedy nie próbowałem go uruchomić.

A gdzie napisy, przepraszam bardzo?

Od początku liczyłem się z tym, że anglojęzyczna wersja serwisu i opisy materiałów w języku Szekspira mogą okazać się zwodnicze. No i co tu dużo mówić — miałem rację. Uruchomiłem pierwszy serial — żadnej opcji związanej z inną ścieżką językową czy dodatkowymi napisami nie uświadczyłem. Później sięgnąłem po kolejne, i… bez większych sukcesów. Szczerze mówiąc, po kilku(nastu) próbach — byłem już nie tyle zdziwiony, co… rozczarowany? Skołowany? Bo kompletnie nie rozumiem dlaczego. I nie mam tutaj na myśli materiałów, które są na wyłączność Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie chodzi o lokalne dramy czy anime, ale o dużo większą część katalogu.

Prawie jak w domu. Prawie robi wielką różnicę

Było to dla mnie dość szokujące. Przede wszystkim dlatego, że jest to jeden z tych elementów, na które nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi. W domu automatycznie mam uruchomione angielskie napisy, a kiedy ich nie ma… — no trudno, po prostu ich brakuje, oglądam dalej. I korzystając z Netflixa w Niemczech, Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii — zawsze były na miejscu. Tymczasem lądując w Azji próbowałem odświeżyć sobie jedną z moich ulubionych serii Watanabego — Samurai Champloo. Serial, owszem, był i działał. Ale napisów w nim nie uświadczyłem. I było to dla mnie o tyle „dziwne”, że przecież nie dalej niż kilkanaście miesięcy temu oglądałem go na Netflixie w regionie gdzie też był dostępny. Tam mogłem przełączać się między różnymi dubbingami i napisami, tutaj wybór był — dosłownie — zerowy.

Okazuje się, że nie tylko mnie ten aspekt zdziwił i w internecie toczyło się już co najmniej kilka rozmów na ten temat. Winne okazały się licencje — najwyraźniej obecność filmów to jeszcze za mało, bo trzeba byłoby dołożyć tam kolejne cegiełki. A te, najwyraźniej, okazują się bezcelowe w przypadku japońskich produkcji i kraju, gdzie >wszyscy< znają ten język. No cóż, nam, turystom, pozostaje obejść się smakiem, wrócić do domu i odpalić Blu-Raye — nic lepszego nie wymyślę.