17

Dlaczego palenie pieniędzmi w piecu ma więcej sensu niż tworzenie narodowego klona Facebooka?

Alternatywy dla Facebooka wydają się dziś wyrastać jak grzyby po deszczu. Cóż... jakieś 15 lat za późno.

Idea społeczności internetowej jest tak stara jak sam Internet. Już w latach 90’tych istniały BBS’y, czyli „bulletin board system” łączące ludzi w społeczności powiązane zainteresowaniami. Potem pojawiły się m.in. czaty, fora, by w końcu powstały takie twory jak chociażby Myspace, Facebook czy Twitter. Świat skurczył się jeszcze bardziej i można było mieć w znajomych jednocześnie osoby z Siemiatycz i Nowego Yorku. Można się wyżywać na społecznościówkach za wiele ich wad, ale moim zdaniem to one w dużej mierze sprawiły, że globalny potencjał sieci stał się możliwy do wykorzystania przez „zwykłego Kowalskiego”. I tu dochodzimy do jednej, bardzo ważnej kwestii.

Dlaczego ktoś może chcieć mieć „własnego” Facebooka?

Dzięki mediom takim jak Twitter czy Facebook możecie za pomocą jednego kliknięcia zobaczyć co się dzieje w Polsce, Australii czy Frankfurcie – wszystko to kwestia wpisania hashtaga. Za pomocą Messengera skontaktujecie się z prawie wszystkimi, nawet jeżeli nie macie ich w znajomych. I oczywiście, nie wszyscy z takich możliwości korzystają, a gdybym miał zgadywać, to duża część osób używa Facebooka raczej głównie do kontaktu ze swoimi grupami lokalnymi. Jednak nawet te osoby śledzą tam swoje ulubione zespoły muzyczne, kanały telewizyjne, aktorów, czy nawet profile poszczególnych firm. Ile z tych profili jest międzynarodowych? No właśnie.

Duża część siły Facebooka polega właśnie na tej łatwości „śledzenia”, gdzie treść wrzucona w jednym miejscu może dotrzeć do odbiorców na całym świecie. To wygodne zarówno dla twórców jak i dla odbiorców. Dlatego właśnie Facebook jest hegemonem, a ustanowione podług jego widzimisie standardy społeczności są wykładnią tego, jakie treści (i poglądy) mogą do odbiorców przez niego docierać. I to nagle przestało się dziś podobać, głównie skrajnej prawicy, gdzie jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać portale, szczycące się „brakiem cenzury”. Albicla, Parlel, Wolnisłowianie, Polfejs. Powstają i upadają szybciej niż zdążę je wszystkie wymieniać. Oprócz krótkiego życia łączy je jeszcze jedna kwestia – wektor cenzury jest w nich dokładnie tak samo długi, ma ten sam kierunek, tyle że przeciwny zwrot, o czym przekonali się chociażby Grzesiek z Kubą.

Nie jest tak, że nie istnieją „regionalne” portale społecznościowe

Nie wiem do jakich biznesów chcieli nawiązać twórcy Albicli i podobnych portali, ale zakładam, że mogło to być chociażby rosyjskie państwowe Vkontakte czy równie państwowy chiński Twitter – Weibo. Tak, są to twory „odcięte” od głównego nurtu internetu z wystarczającą liczbą użytkowników, by podtrzymać swoje istnienie i zapewnić usługi na „jakimś” poziomie. Tylko, że tego typu twory albo istnieją już od dawna i rozwijały się równolegle z Facebookiem (VK powstał w 2006), albo też działają w krajach w których Facebook nie ma wejścia. Albo obie z tych rzeczy. Jeżeli natomiast chodzi o lokalne twory w krajach, w których nie ma żadnych obostrzeń odnośnie działania zagranicznych podmiotów, Facebook wszedł i zgarnął całą stawkę, wykaszając lokalne inkarnacje „Naszej Klasy” i „Grona”. Dziecko Zuckerberga nie było wymyśleniem portalu społecznościowego na nowo, ale pokazywało, jak zrobić to lepiej niż inni.

Facebook miał to szczęście, że najbardziej rósł w momencie, gdy coraz więcej ludzi uświadamiała sobie, jak ważną rolę pełni w ich życiu internet, a jednocześnie – świadomość dotycząca prywatności i bezpieczeństwa w sieci wciąż raczkowała. W efekcie tego dziś nawet, jeżeli wiemy, że „duże F” handluje naszymi danymi z większą zaciekłością niż sprzedawcy na bazarze Banacha, nikt nic z tym nie robi. Korzyści są zbyt duże, alternatywy zbyt mierne, a korzystanie – za wygodne by w pełni się przenieść.

Dlatego pytam – jaki jest sens prób dzielenia tego tortu w tym momencie?

Oczywiście, nie ma tworu, który jest „zbyt duży, aby upaść”. Niezmiernie bawi mnie jednak podejście twórców takich portali jak właśnie Albicla czy Parlel, mieniących swoje twory „alternatywami dla Facebooka”. Bardzo mi przykro, ale jesteście z tym pomysłem jakieś 15 lat spóźnieni. Jeżeli ktoś chciał rozwijać sieć społecznościową opartą o formę i założenia Facebooka, trzeba byłoby zacząć, kiedy z Facebookiem można było konkurować, bo dziś takie hasła jedyne co mogą wzbudzić to uśmiech politowania.

„Ale zaraz!” – zakrzykniecie – „a TikTok?”. Tak, TikTok to relatywnie młody twór który wdarł się na salony. Tak jak Snapchat przed nim i Instagram jeszcze wcześniej. Absolutna dominacja Facebooka nie oznacza bowiem, że na rynku nie ma miejsca na nowości, inne podejście do społecznościówek, generalnie na nową ideę. Na to zawsze jest miejsce, co nie znaczy, że taka się na rynku utrzyma, bo jak wiem Instagrama sobie Facebook kupił, a od drugiego zabrał całą funkcjonalność do swojego komunikatora. Ale jeżeli z Facebookiem chce konkurować wyglądający, jakby ktoś sobie zamówił Facebooka z Wish.com, albo (dosyć nieudolnie) kopiujący regulamin i zostawiający takie dziury w swoich zabezpieczeniach, że widać przez nie Tatry, to może to tylko budzić współczucie dla osób, które przy tym pracowały

I ja wiem, że takie portale jak Albicla mają swoim istnieniem bardziej niż coś innego ucieleśniać dziecięcy w swojej naturze sprzeciw wobec zasad panujących na Facebooku (które to zasady do tej pory nie przeszkadzały). Jednak ich twórcy, przynajmniej publicznie, traktują je jako poważne i pełnoprawne alternatywy dla króla społecznościówek. Niestety swoim krótkim istnieniem potwierdzają tylko, że jeżeli chodzi o tę kwestię nie ma takiej siły – przekonania, poglądu, opcji politycznej – która odciągnęłaby ludzi od Facebooka, nawet z tej jednej przyczyny, że nikt z własnej woli nie zamieni całego tortu na jego kawałek.

Jedno trzeba jednak takim portalom przyznać – stanowią przednie źródło rozrywki.