28

Tak muzycy powinni przystosowywać się do internetu. Wykorzystywać, zamiast płakać że ich zabija

Już od dobrych kilku lat słyszymy i czytamy jak zespoły, muzycy, artyści nie potrafią dostosować się do rynku opanowanego przez streaming. Uciekają ze swoimi utworami z serwisów, płaczą że internet zabiera im chleb. Moim zdaniem po prostu nie potrafią się dostosować, a łatwy i tani dostęp do muzyki pokazał, co fani o nich myślą.

Nigdy nie było lepiej

Zacznę klasycznie, od wspomnień. Jako nastolatek przeznaczałem wszystkie pieniądze z kieszonkowego na nowe kasety. Kasety, bo płyty były za drogie. Zamawialiśmy ze znajomym różne albumy tylko po to, żeby móc je sobie potem pożyczyć – no bo w końcu lepiej przesłuchać 6 nowości w miesiącu niż tylko 3, prawda? Dziś korzystam z Radaru premier na Spotify, a nawet jeśli jakiejś płyty nie ma w serwisie streamingowym, to na 90% wisi w sieci jako oficjalny klip na YouTube lub można jej posłuchać na przykład na Bandcampie. Mówię o muzyce metalowej, ona jakoś potrafiła dostosować się do dzisiejszego rynku – co jest o tyle ciekawe, że przecież wywodzi się z podziemia. Nie jest puszczana w radio, a kiedyś można ją było nabyć w sumie tylko wysyłkowo, a jeszcze kilka lat temu pluła z pogardą na internet.

YouTuber pokazał jak to powinno wyglądać

Ola Englund to mój ulubiony youtuber, o którym pisałem już jakiś czas temu na łamach Antyweba. Prowadzi kanał poświęcony między innymi gitarom, wzmacniaczom, efektom i pluginom, z których korzystają gitarzyści. Szwed postanowił wydać swoją solową płytę i zamiast korzystać z pomocy klasycznego wydawcy, zrobił wszystko sam. Niby nic nowego, natomiast sposób, w jaki przeprowadził kampanię informacyjno/promocyjną wokół swojej debiutanckiej solowej płyty jest świetny i doskonale pokazuje, jak bardzo rozumie internet oraz oferowane przez sieć możliwości.

Pierwsza i zasadniczo oczywista sprawa to ciągłe wspominanie o swoim solowym krążku w wielu materiałach na kanale. Czasem w ramach odpowiedzi na pytania w swoim cotygodniowym Q&A, czasem tak po prostu wplatając gdzieś informacje podczas nagrywania swoich testów i recenzji. Drugim kapitalnym pomysłem było regularne wrzucanie poszczególnych utworów na swój kanał. Jasne, pozbawia tym słuchaczy niespodzianki, natomiast wbrew temu co mogłoby się wydawać – nie wpłynęło to negatywnie na sprzedaż fizycznego nośnika, wręcz przeciwnie – podkręciło sprzedaż płyty.

Trzecie to live stream nowej płyty, który odbędzie się dziś w godzinach wieczornych. Subskrybenci Englunda oraz osoby zaciekawione jego muzyką klikną sobie przypomnienie, pojawią się na kanale o wyznaczonej godzinie i nie tylko posłuchają debiutanckiego wydawnictwa, ale również porozmawiają z muzykiem na czacie.

Oczywiście płyta będzie od razu dostępna we wszystkich serwisach streamingowych i nie ukrywam, że będę jej słuchał przede wszystkim na Spotify. Dodam natomiast, że fizyczną wersję na CD zamówiłem już dawno temu i naprawdę fajnie było oglądać na zdjęciach w social media jak obstawiony kartonami z albumami, pakuje je do osób, które złożyły zamówienia przedpremierowe.

Czy można to było zrobić lepiej?

YouTuber wykorzystał praktycznie wszystkie możliwości promocji swojego wydawnictwa. Fakt, miał ich sporo ze względu na swoje zasięgi, pokazał tym jednak, że prawdziwy fan, który kupuje płytę nie jest przypadkową osobą oglądającą występ na wielkim koncercie. Spójrzcie na to w ten sposób – skoro niespecjalnie popularny muzyk jest w stanie sam stworzyć płytę od A do Z (oczywiście z pomocą przyjaciół) i zrobić jej taką promocję, że krążki sprzedają się jak szalone (w skali odpowiedniej do popularności muzyki), to dlaczego wielkie gwiazdy nie potrafią zrobić tego 1000 razy lepiej? I tu dochodzimy do sedna sprawy. Wypromowane przez wielkie wytwórnie gwiazdy całkowicie się od nich uzależniły. A wielcy wydawcy kompletnie nie radzą sobie z dzisiejszym obliczem rynku muzycznego. Widziałem więc jak Zbigniew Hołdys mógłby być Erikiem Claptonem gdyby nie piractwo zamiast choć spróbować wykorzystać internet do promocji swojej muzyki. Widzę Taylor Swift, która z tego co rozumiem znów ucieka z serwisów streamingowych. Słucham o artystach, którzy płaczą, że Spotify czy Tidal płacą im psie pieniądze za odtworzenia płyt, a fizycznych krążków już nikt nie kupuje bo muzyka jest prawie za darmo w internecie. Moim zdaniem streaming i serwisy pokroju YT czy Bandcamp to najlepsze, co przydarzyło się ostatnio muzyce. Słuchacz jest wręcz rozpieszczany banalnie prostymi i cudownie przyjemnymi sposobami na dostęp do dźwięków – nie może być lepiej. Zamiast więc płakać jaki to internet jest zły, można po prostu dostosować się do obecnej sytuacji, wykorzystać dobrodziejstwa internetu, a takie osoby jak Ola Englund pokazują, że wystarczy mieć pomysł, zapał i chęci.