Gry

Mortal Kombat całkowicie zmienił moje podejście do bijatyk

PW
Paweł Winiarski

Pierwszy komputer, Atari 65 XE, dostał pod choinkę...

0

Byłem za młody na Mortal Kombat. Nie mam nikomu za złe, że pozwolono mi grać w tak brutalną produkcję. Czasy były inne, dostęp do informacji o grach zerowy, a i poziom oprawy graficznej powodował, że owa brutalność musiała być mocno wspierana wyobraźnią. Mortal Kombat to jedna z moich ulubionych ser...

Byłem za młody na Mortal Kombat. Nie mam nikomu za złe, że pozwolono mi grać w tak brutalną produkcję. Czasy były inne, dostęp do informacji o grach zerowy, a i poziom oprawy graficznej powodował, że owa brutalność musiała być mocno wspierana wyobraźnią. Mortal Kombat to jedna z moich ulubionych serii, którą śledzę od samego początku.

Amiga. Tam pierwszy raz spotkałem Mortal Kombat. Dokładnie debiutem serii. Ciężko mi było wtedy uwierzyć, że gra może mieć tak realistyczną grafikę. Nazywało się to digitalizowane postacie, digitalizowana grafika. Szok. Kolejny szok przyszedł przy okazji drugiej części, gdzie wszystko było lepsze i ładniejsze. Znów Amiga i równie kultowe, co znienawidzone zmienianie dyskietek w zależności od tego jak osobowo kształtowały się pojedynki. Niedługo potem Mortal Kombat II stał się jedną z moich pierwszych gier na własnym PC-cie. Bez joysticka, na klawiaturze. Ale kompletnie mi to nie przeszkadzało, mogłem grać godzinami - niezależnie od tego czy z żywym graczem siedzącym obok, czy komputerowym przeciwnikiem. Ciosy rozplanowałem sobie na lewej stronie klawiatury - pamiętam, że pięści były pod tyldą i jedynką, blok pod Tabem, kopniaki pod capslockiem i shiftem.

Seria Mortal Kombat już zawsze będzie mi się kojarzyć z listą ciosów. I jeśli dobrze pamiętam, taką listę można było znaleźć w Kombat Kornerze w magazynie Secret Service. Oczywiście w którymś momencie ciosy i fatale znało się już na pamięć, nie było więc potrzeby wspierania się papierowym magazynem.

Jeśli miałbym jednak wskazać, w którą część Mortal Kombat grałem najwięcej - byłoby to bez wątpienia MK3. Zdecydowanie szybsze i bardziej rozbudowane od dwóch poprzednich części. Niestety już bez tego dziwnego, niepokojącego i ponurego klimatu dwójki. Jednak kombosy rekompensowały wszystko. Grałem Kabalem, znałem absolutnie każdy cios, każde kombo i każdego fatala. Czułem się mocny do momentu, aż nie wpadł do mnie znajomy (Qoora, późniejszy redaktor Neo Plus), przyniósł pada i rozgromił mnie Cyraxem. Jednak trenowałem. Dostałem się do turnieju na jednej z edycji Gambleriady, niestety problemy techniczne sprawiły, że niewiele tam zdziałałem. Pamiętam, że widzowie byli tak zirytowani ciągle zawieszającą się grą, że rzucili w ekran bananem. Ktoś nie sprawdził, że mogą istnieć konfiguracje klawiszy, które będą wyrzucać do ekranu głównego. Trudno. Jeśli dobrze pamiętam Qoora doszedł wtedy chyba aż do finału - na pewno przywiózł jakąś fajną nagrodę. Zdaje się, że pada do PSX-a.

O tym, jak dużo czasu spędzałem przy MK3 niech świadczy również moje mutowanie zawodników. PC-towe postacie zapisane były w odpowiednio nazwanych plikach. Oczywiście było ich więcej niż jeden, ale wystarczyło wziąć plik jednego zawodnika, nadpisać go zmieniając nazwę, by cieszyć się na przykład zieloną Sony’ą Blade. Oczywiście nie zawsze to działało, w wielu przypadkach gra potrafiła się zawiesić lub po prostu nie uruchomić, ale frajda była duża. W tak zwanym międzyczasie ograłem również konkretnie Mortal Kombat Trilogy i Ultimate Mortal Kombat 3.

W 1997 roku pojawiła się kolejna bijatyka od Midway. Wspominam o niej nie bez powodu. Mówiło się, że War Gods to nieśmiałe przymiarki do przeniesienia Mortal Kombat w trzeci wymiar. Nie było to może najlepsze mordobicie pod słońcem. Ciężko też pamiętać zawodników, ale jednak powoływanie się na Mortala sprawiało, że grałem. W tym samym roku pojawił się wreszcie Mortal Kombat 4. W trzech wymiarach.

Nie umiem spojrzeć na tę grę obiektywnie. To był Mortal, więc grałem jak szalony. Produkcja jednych rozczarowywała, innych zachwycała. Trójwymiarowy debiut serii nie wyszedł jednak idealnie. I to była chyba pierwsza chwila kiedy zwątpiłem w MK. Mortal Kombat: Deadly Alliance nie umiałem już jednak polubić, choć fajnie bawiłem się przy Mortal Kombat Mythologies: Sub-Zero. Kolejne odsłony sprawdzałem już jednak tylko u znajomych, nigdy więcej nie zainwestowałem swoich pieniędzy w Mortal Kombat. W moim odczuciu seria umarła. Przez chwilę myślałem o zakupie Mortal Kombat vs. DC Universe, ale kumple skutecznie odwiedli mnie od tego szalonego pomysłu.

Wszystko zmieniło się jednak w 2011 roku, kiedy na rynku pojawił się restart serii. Mortal Kombat (zwany przez fanów dziewiątką). Gra pozamiatała - oprawą, trybem opowieści i systemem walki. Do tego niesamowicie wykonane X-raye - sam miód, jeśli mogę tak powiedzieć. Katowałem ten tytuł do nieprzytomności na Xboksie 360, by robić to samo jakiś czas później na PlayStation Vita. Seria powróciła w wielkiej chwale i jeśli nie mieliście jeszcze styczności z tym tytułem, a choć trochę lubicie bijatyki, bierzcie w ciemno.

Dziś premiera Mortal Kombat X. Na chwilę obecną metascore na Metacritic wynosi 84 punkty. Wygląda więc na to, że twórcom udało się zrobić fajną kontynuację. My rozpoczynamy zabawę dziś i choć nie są to już te same emocje co 20 lat temu, to jednak nie umiem spokojnie wysiedzieć na fotelu.

Let Mortal Kombat begin!

grafika: 1

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

mortal kombat