9

Moje boje z ePUAP czyli jednak zgłosiłem narodziny dziecka przez internet. Poszło lepiej niż z BMW, ale ciągle jest co poprawić

Jak być może część z Was pamięta, moje ostatnie doświadczenie z ePUAP, w zakresie prostej czynności, jaką jest wyrejestrowanie samochodu, nie było najlepsze. Procedura, która powinna zakończyć się wraz z kliknięciem wniosku, rozciągnęła się na dwa lata i zaowocowała wezwaniem przez Staż Miejską i koniecznością odkręcania wszystkiego w urzędzie. Z tego powodu zgłoszenie dziecka do USC planowałem wykonać drogą zupełnie tradycyjną. Jak się domyślacie, ostatnie wydarzenia związane z koronawirusem skutecznie mi to uniemożliwiły, tym bardziej że dziecko urodziło się w poza miejscem naszego zamieszkania. 

Procedura

Zacznijmy od tego, jak taką procedurę przejść. Pierwszą rzeczą jest  konieczność zalogowania się do serwisu obywatel.gov.pl. Będzie nam do tego potrzebny Profil Zaufany lub nowy dowód z warstwą  elektroniczną. Po zalogowaniu lądujemy na stronie moj.gov.pl, gdzie z tabelki „Popularne usługi” musimy wybrać „Zgłoś urodzenie dziecka”. Następnie wypełniamy 5 stron formularza przygotowanego już znacznie czytelniej niż w sprawie wyrejestrowywania samochodu.

Po wysłaniu i podpisaniu zgłoszenia, w odróżnieniu od wcześniejszej procedury, otrzymamy UPP na naszą skrzynkę odbiorczą. Odnośnik do niej znajdziemy rozwijając menu hamburgerowe znajdujące się w lewym górnym rogu strony głównej. 

Albo papier albo dokument cyfrowy

Tym razem ePUAP zadziałał całkiem dobrze, ale okazało się, że wybranie całkowicie cyfrowej drogi z elektronicznie podpisanym cyfrowym aktem urodzenie… nie jest polecane przez urzędników. Dzień po złożeniu wniosku otrzymałem telefon z urzędu, w którym poinformowano mnie, że tego e-dokumentu to w zasadzie prawie nigdzie nie uznają i lepiej wziąć tradycyjny. Pomny ostatnich przygód uznałem, że może faktycznie bycie zbyt nowoczesnym w tym kraju może się nie opłacać. 

Przy okazji wyszedł kolejny absurd całej procedury. Wybierając odpis, można otrzymać tylko jeden rodzaj dokumentu, albo papierowy albo cyfrowy, co jest kompletnie bez sensu. W każdym przypadku, szczególnie gdy państwo nie potrafi do końca wdrożyć procedury cyfrowej do użycia, powinienem uzyskać dokument papierowy i równolegle dokument cyfrowy. Przecież nie generuje to żadnych dodatkowych kosztów, a w teorii powinien urzędom wiele spraw uprościć. Dziwne, ale co zrobić, niezbadane są drogi którymi podążają rządowe procedury. 

List jak F35

Dla mniej zorientowanych muszę napisać, dlaczego szybkie otrzymanie tego dokumentu jest tak ważne. Od momentu urodzenia dziecka kobieta ma 21 dni na dostarczenie pracodawcy aktu urodzenia dziecka, aby ten mógł z kolei zgłosić ją do zasiłku macierzyńskiego i rodzicielskiego. Nie do końca ufając UPP, upewniłem się jeszcze telefonicznie czy wniosek dotarł. Po potwierdzeniu, że wyślą go niezwłocznie, spokojnie oczekiwaliśmy poleconego. 

Kiedy zaczęły się zaostrzać ograniczenia nałożone z koronawirusem, postanowiliśmy sprawdzić, w jakim stanie jest przesyłka. I tutaj swoje trzy grosze postanowiła dodać Poczta Polska. Okazało się, że polecony wyszedł z urzędu już jakiś czas temu, ale internetowy system śledzenia przesyłek pokazywał tylko ten początkowy status. Żadnych punktów pośrednich, żadnych przewidywanych terminów doręczenia. Także biuro obsługi nie dysponowało wiedzą, gdzie przesyłka aktualnie się znajduje. 

Ponieważ termin nieubłaganie się zbliżał, ZUS nie słyszał nic o żadnych uproszczonych procedurach na czas kwarantanny, wpadliśmy na pomysł, że na wszelki wypadek załatwimy jednak ten cyfrowy odpis i dostarczymy pracodawcy. Firma zatrudniająca kobietę nie wysyła do ZUS-u oryginału dokumentu, tylko kopię z poświadczeniem za zgodność z oryginałem. Skoro dokument cyfrowy jest podpisany przez urzędnika, to nie powinno być z tym żadnego problemu, wydrukują, podpiszą i voila. Radość okazała się jednak przedwczesna. Ponieważ oryginalny akt urodzenia, darmowy został już wydany, każdy kolejny kosztuje 22 zł, nawet jeśli jest elektroniczny. Trudno, po zapłaceniu haraczu w końcu udało się, na skrzynkę w moj.gov.pl dotarły cyfrowo podpisane dokumenty w formacie PDF i XML. 

Pojawił się jednak dość nieoczekiwany problem, podpisane pliki są zagnieżdżone w czymś rodzaju kontenera z warstwą weryfikacyjną na pierwszym planie. Mają w związku z tym podwójne rozszerzenie np. pdf.xades lub xml.xades i żaden program nie chciał ich otworzyć. W wiadomości od urzędu nie ma też żadnej informacji, z jakiego narzędzia należy skorzystać, aby móc chociaż sprawdzić czy wszystko jest wystawione prawidłowo. Oczywiście z pomocą przyszedł internet i po dłuższej chwili poszukiwań udało się znaleźć dziwną aplikację napisaną w Javie, która zdołała zweryfikować podpis i wyeksportować PDF-a. Mam jednak wrażenie, że bezużyteczność tego dokumentu, przed którą ostrzegają urzędnicy, może wynikać stąd, że w części firm nie wiadomo, co z tymi plikami począć. Ze strony urzędów nikt nie potrafi takiej informacji udzielić. 

Dla zainteresowach podaje adres strony, z której można ściągnąć wspomniane narzędzie do podpisów cyfrowych:
https://www.elektronicznypodpis.pl/informacje/aplikacje/ 

Koniec końców całe zamieszanie okazało się niepotrzebne. W ostatnim wymaganym dniu przesyłka z papierowym aktem (ciągle niewidoczna w systemie) w końcu dotarła. Cała historia kosztowała 22 zł i trochę nerwów, ale pokazuje, jak dużo jeszcze dziur jest nawet tam, gdzie teoretycznie wszystko poszło zgodnie z planem.