Nauka

Meteoryt tunguski nie był z lodu. Jeśli naukowcy mają rację, mieliśmy farta

KK
Krzysztof Kurdyła
13

30 czerwca 1908 r. miała miejsce największa katastrofa kosmiczna naszych czasów. Jej bezpośrednimi świadkami było niewielu ludzi, nieproszony gość „uderzył” bowiem w daleką Syberię. Nawet po stu latach niewiele o nim wiemy, ale naukowcy mają nową i to ciekawą hipotezę.

„Po nieboskłonie mknęła z południa na północ oślepiająca kula ognista, wlokąc za sobą długi, czarny ogon... Niebawem zniknęła za drzewami gdzieś w tajdze. Potężny, głuchy grzmot wstrząsnął ziemią.... Niebo rozżarzyło się do białości, potem stało się żółtoczerwone, a w końcu poszarzało w półmroku. Gorący wiatr powiał z huraganową mocą. Kładł drzewa, wywracał konie i ludzi.
W szeregach Jakutów wszczął się popłoch.”

Sam już nie pamiętam, czy o katastrofie, która wydarzyła się w okolicach koryta rzeki Tunguska dowiedziałem się z książki o Tomku Wilmowskim, czy z jednej z kilku moich książek do astronomii. W każdym razie tajemnica otaczająca to wydarzenie fascynowała mnie jako dziecko, do dziś śledzę publikacje na jej temat i właśnie pojawiła się nowa, muszę przyznać bardzo interesująca koncepcja.

Katastrofa tunguska, choć tak mało o niej wiemy, jest prawdziwą astronomiczną celebrytką. Po to wydarzenie sięgali chętnie także ludzie kultury, oprócz Szklarskiego nawiązania o niej można znaleźć u Lema i Dukaja, a także w serialach, filmach czy grach komputerowych. Na jej „cześć” 30 czerwca został też ustanowiony Międzynarodowym Dniem Asteroid.

Co wiemy dziś

Potężna siła uderzenia, ponad 2 tysiące kilometrów kwadratowych powalonych drzew, układające się w nietypowy kształt, brak krateru, tajemnicze szklane kulki - nawet po ponad 100 latach wciąż trwają dyskusje dotyczące tego, co się tam tak naprawdę wydarzyło. Dość powiedzieć, że powstało na ten temat więcej niż 100, mniej lub bardziej prawdopodobnych hipotez.

Z tych bardziej medialnych odrzucono już jakiś czas temu teorię jeziora Czeko jako zaginionego krateru. Sceptycyzm od samego początku wywoływały próby niekosmicznego, ale geologicznego wytłumaczenia katastrofy. Miałby być za nią odpowiedzialny wybuchu uwolnionych z gleby gazów, takich jak metan. Globalne ocieplenie rozmrażające wieczną zmarzlinę, uwalnia obecnie znacznie większe ilości tego, co prowadzi co prawda sporych eksplozji, ale w żaden sposób nieporównywalnych ze skalą tego co zdarzyło się nad Tunguską.

Najwięcej zwolenników ma teoria o lodowej asteroidzie wielkości ok. 60 - 100 m, która eksplodując na wysokości 10 do 15 km, uwolniła ogromne ilości energii (szacunkowo nawet 12 megaton). Niektórzy optują za asteroidą kamienną, która w momencie rozpadu uwolniłaby tak dużo energii, że nie pozostawiłoby to żadnych elementów mogących utworzyć kratery uderzeniowe. Za zniszczenia odpowiadałaby potężna fala uderzeniowa, o której sile mogliśmy się przekonać choćby w czasie podobnego zdarzenia sprzed kilku lat z Czelabińska.

Ja tu tylko przelotem

Tymczasem rosyjscy naukowcy opublikowali w zeszłym roku pracę, w której zaproponowali po serii symulacji komputerowych inne rozwiązanie. Według nich w ziemską atmosferę miałaby wlecieć żelazna asteroida wielkości ok. 100 - 200 m, która poruszając się z ogromną prędkością, przeleciałaby nad zniszczonym rejonem właśnie na wysokości ok. 10 - 15 km, po czym odleciałaby w przestrzeń kosmiczną.

Za zniszczenia odpowiadałaby fala uderzeniowa, ale wygenerowana nie rozpadem, a właśnie przelotem na niskiej wysokości. Przy tak dużej prędkości meteoryt traciłby co prawda część masy, ale działoby się to w procesie sublimacji. „Na pamiątkę” pozostałaby nam chmury pyłu składającego się z rozdzielonych cząsteczek, które po utlenieniu i opadnięciu na ziemię nie wyróżniałyby się niczym specjalnym. To rozwiązywałoby problem braku krateru i fizycznych resztek meteorytu kamiennego.

Ważną poszlaką, przemawiającą za przyjęciem tej hipotezy, jest nie tylko fakt, że taka fala w podobny sposób zniszczyłaby lasy, ale też zachowana zostałaby zgodność długości przelotu takiego ciała w atmosferze z opisami świadków. Na podstawie relacji osób opisujących to wydarzenie w 1908 r. z perspektywy różnych szerokości geograficznych oszacowano, że meteoryt musiał przebyć w atmosferze co najmniej 700 km.

Meteoryt lodowy nie miałby na tak długi przelot szans i odparowałby znacznie wcześniej. Analiza różnych materiałów (lód, skała, żelazo), różnych możliwych kątów wejścia i prędkości doprowadziła do konkluzji, że właśnie duży i szybki meteoryt z żelaza najlepiej pasuje do tej wiekowej układanki.

Mieliśmy farta?

Jeśli tak by to miało wyglądać, to znaczy że w 1908 r. nasza cywilizacja miała ogromne szczęście, ponieważ tylko otarliśmy się o prawdziwe kłopoty. Żelazna asteroida tej wielkości, uderzając w powierzchnię planety, oznaczałaby duże problemy dla całej cywilizacji1. Zginęłyby tysiące ludzi, Syberia zostałaby zniszczona, na całej Ziemi w wyniku zapylenia mocno spadłyby temperatury i nasłonecznienie, co prowadziłoby do klęski głodu. Bardzo ciekawe co stałoby się przy takiej dawce energii z wieczną zmarzliną i metanem, które w połączeniu z nieuniknionymi pożarami mogłyby pogłębić problemy.

Cała praca oraz pomysł wyglądają ciekawie i całkiem przekonująco, a czy nie ma tam jakichś dziur logicznych... przekonamy się za jakiś czas, gdy pojawią się prace zwolenników innych teorii. Tak czy inaczej, dobrze, że po latach posuchy, ktoś zdołał zaproponować zupełnie oryginalne rozwiązanie tej niezwykle ciekawej, kosmicznej zagadki.

1 Z drugiej strony, patrząc na to, ilu ludzi zginęło w niewiele późniejszych Wojnach Światowych, to kto wie, czy taki kataklizm nie wyszedłby nam jednak na plus.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: