Sprawdź jaki laptop Intel Evo jest najlepszy dla Ciebie Więcej
Gry

Lost Planet 3 - recenzja

PK
Piotr Kaźmierczak
0

Japońskie firmy produkujące gry coraz częściej oddają (a w zasadzie wypożyczają) swoje kluczowe marki w ręce zachodnich twórców. Czasami przynosi to naprawdę świetne efekty (Castlevania: Lords of Shadow), czasami gorsze (Resident Evil: Operation Raccoon City). A jak podobny zabieg wypadł w przypadku...

Japońskie firmy produkujące gry coraz częściej oddają (a w zasadzie wypożyczają) swoje kluczowe marki w ręce zachodnich twórców. Czasami przynosi to naprawdę świetne efekty (Castlevania: Lords of Shadow), czasami gorsze (Resident Evil: Operation Raccoon City). A jak podobny zabieg wypadł w przypadku mniej znanej serii jaką jest Lost Planet? Przekonamy się o tym na przykładzie trzeciej części tej „mroźnej” sagi.

Lost Planet od samego początku zaliczał się do produktów drugiej kategorii w portfolio Capcomu. Jego dwie pierwsze odsłony nie odniosły spektakularnego sukcesu i masowo nie przebiły się do umysłów graczy. Jedynkę przyjęto tylko dobrze, dwójka zyskała miano średniaka, który można sobie odpuścić. Japońska korporacja zdecydowała się więc na drastyczny krok i zleciła produkcję trzeciej części firmie zewnętrznej, a konkretnie amerykańskiemu studiu Spark Unlimited, znanemu chyba najbardziej ze słabej strzelanki z 2008 roku zwanej Turning Point: Fall of Liberty.

Lost Planet 3 można zatem traktować jako coś kompletnie nowego w całej sadze. Chronologicznie nie jest to też kolejna część opowieści o tajemniczej zimnej planecie (która już w drugiej części stała się tropikalną dżunglą), a jedynie prequel. Powrócimy tu więc do znanych z pierwowzoru krajobrazów, czyli będziemy mieć do czynienia z wszechobecną zmarzliną i burzami śnieżnymi.

W grze wcielamy się w Jima Peytona (który swoją drogą wygląda, jak rudowłosy Nicolas Cage) i udajemy się na znaną fanom serii planetę E.D.N III. Wyprawę sponsoruje organizacja NEVEC (główny antagonista w poprzednich odsłonach Lost Planet), która w czasach Peytona mieni się zbawcą ludzkości i rzekomo stara się dostarczyć na Ziemię cenne surowce, których pełno na E.D.N. III. Perspektywy zarobkowe na naszym globie są raczej słabe, dlatego Peyton postanawia pozostawić swoją rodzinę na jakiś czas i zostaje jednym z pierwszych kolonistów na nieznanej planecie. Tam ma za zadanie wydobywać cenną energię, a jednocześnie radzić sobie z zastaną fauną występującą w postaci różnej maści złowrogo nastawionych stworów.

Głównego bohatera da się lubić, mimo że jego kreacja (jak i cała fabuła) nie została należycie wykorzystana. To, co szczególnie przypadło mi do gustu, to pokazanie historii przeciętnego faceta, a nie nafaszerowanego bronią byłego komandosa, czy innego krnąbrnego najemnika. Jima poznajemy lepiej zarówno podczas rozmów prowadzonych z innymi kolonistami, jak i oglądając nagrane przez niego wiadomości wideo, które wysyła do żony. Szkoda, że okazji ku temu jest niewiele. W całej grze nie pozostawiono bowiem zbyt dużo miejsca na historię. Zresztą fabuła i tak jest w ostatecznym rozrachunku biedna i do bólu przewidywalna, a głównego „twistu” domyśliłoby się chyba nawet dziesięcioletnie dziecko.

Jim, jak na nowoczesnego „górnika” przystało, do wydobywania surowców używa specjalnej maszyny – mecha określanego mianem RIG. Wbrew pozorom, RIG nie jest wyposażony w broń palną, a znajdując się w jego wnętrzu używamy jedynie narzędzi pokroju wiertła czy wystrzeliwanego z ramienia haka. Oczywiście przydają się one też w walce ze stworami. Na piechotę korzystamy już jednak ze standardowych broni (strzelby, karabiny itp.) wzbogaconych o kilka specyficznych zabawek (np. wybuchające bełty).

Nowa produkcja Spark Unlimited ma dość otwartą strukturę. Dzięki dostępnemu wyposażeniu i jego późniejszym ulepszeniom możemy niemal dowolnie eksplorować dość pokaźny obszar. Składa się on z wielu miejscówek, które jednak mają jedną wspólną cechę – nie wyróżniają się niczym szczególnym. Przyjdzie nam tu zwiedzić tak oklepane lokacje, jak lodowe pustynie, nie do końca zastygłe obrzeża wulkanu, czy też kilka ludzkich baz. Otwarty świat sam w sobie byłby niezłym pomysłem, gdyby nie to, że przemieszczanie się po nim jest straszliwie mozolne. E.D.N. III przeczesujemy przy pomocy wspomnianej wcześniej maszyny (RIG-a), który porusza się wolno i ociężale, a przechodzenie nim przez gęstą sieć wąskich korytarzy bywa często wkurzającym doświadczeniem. Wprawdzie w późniejszym czasie zyskujemy opcję szybkich przeskoków do odwiedzonych wcześniej miejsc, ale i tak nie powoduje to zaniku pierwszego negatywnego wrażenia. Zmorą Lost Planet 3 jest też wszechobecne doczytywanie nowych obszarów. Ten aspekt zakrawa tu dosłownie na kpinę. O ile jeszcze można zrozumieć coś takiego w przypadku dużych otwartych przestrzeni, tak przechodzenie przez naszą główną bazę i uciążliwe oczekiwanie na załadowanie małych pomieszczeń, jest w dzisiejszych czasach niedopuszczalne. Wiedzcie też, że często robimy tu za chłopca na posyłki – idź zanieś to, zapytaj kogoś o tamto itp., a w Lost Planet 3 bywa tak, że nawet zmiana jednego pokoju może się wiązać z frustrującym oczekiwaniem. Daję nawet głowę, że jakąś godzinę „zabawy” spędzicie na wczytywaniu się lokacji, a drugą na wkurzającym backtrackingu.

Co gorsza, grafika nie wyróżnia się na plus w zasadzie niczym. W najlepszych momentach jest co najwyżej średnia, ale bywają też momenty gorsze, dużo gorsze. Rażą przede wszystkim modele postaci oraz puste, oszczędne pod względem detali i powtarzalne lokacje. Najbardziej widoczne jest to przy okazji eksplorowania ludzkich siedzib, kiedy zdajemy sobie sprawę, że jedno pomieszczenie potrafi być niemal wierną kopią następnego. Kunsztem twórcy się w tym temacie z pewnością nie wykazali. Całą oprawę dopełnia też muzyka. Tu najgorzej nie jest, ale bardzo dobrze też nie. Początkowo, fajnym pomysłem wydawało mi się dodanie radia (zawierającego jednak tylko i wyłącznie instrumentalne utwory), które włączamy podczas wędrówek wewnątrz mecha, ale mała liczba kompozycji spowodowała, że część z nich po pewnym czasie zaczęła mnie irytować.

Jeżeli zawodzi fabuła, a grafika jest słaba, to może chociaż rozgrywka daje radę? Niestety, Lost Plant 3 w tym aspekcie też jest najwyżej średniakiem, umywającym się do dobrych strzelanin TPP. Różnorodność dostępnych broni jest niewielka, a powtarzające się i dość długie starcia z co większymi oponentami potrafią skutecznie wynudzić. Więcej adrenaliny zapewniają tylko pojedynki z gigantycznymi bossami, ale nie ma ich zbyt wielu, a na dodatek zostały raczej prostacko wykonane. Samo strzelanie zrobiono dobrze, nie ma większych problemów z celowaniem, czy wyczuciem danych spluw, ale czasami po prostu nie czuć ich mocy (może to wynikać z faktu, że w niektórych pomniejszych wrogów trzeba wpakować dosłownie tonę ołowiu nim padną). Rozgrywka zbyt często przypomina też znany i nielubiany przez wielu schemat: killroom, korytarz, killroom. Na domiar złego, znalazły się tu też tak upierdliwe akcje, jak obrona jakiegoś przyczółka przez określony czas.

Trzeba przy okazji wspomnieć, że deweloperzy, chcąc iść z duchem czasu, uczynili z Lost Planet 3 coś na kształt horroru. Zasadniczo miało to pewnie przypominać Dead Space’a, ale nie wyszło zbyt udanie. Widać po prostu, że ludzie ze Spark Unlimited nie opanowali sztuki odpowiedniego budowania atmosfery i straszenia gracza w najmniej spodziewanych momentach. Nie czułem zagrożenia, czy zaszczucia nawet przez chwilę, a już tym bardziej nie pomyślałem o wyłączeniu konsoli. Trochę szkoda, zważywszy, że gra klimatycznie kojarzyć się może z kultowym filmem Coś Johna Carpentera. Świat tu przedstawiony miał duży potencjał, niestety twórcy nie potrafili go odpowiednio wykorzystać.

Gra, poza głównym wątkiem fabularnym, oferuje też misje poboczne. Są one jednak do bólu standardowe (zabij określoną liczbę przeciwników danego typu, zbierz to i tamto itp.), a także tryby sieciowe (np. drużynowy deathmatch, czy zabawę w zdobywanie konkretnego obszaru), ale nie widzę większego sensu, by ktoś, kto skończył grę w ogóle się za nie zabierał. Zresztą już sam tryb single player potrafi ostro wymęczyć. Nie jest to bowiem produkcja z gatunku tych krótkich. Przygotujcie się na przeczesywanie lodowej pustyni przez dobrych kilkanaście godzin.

Lost Planet 3 z pewnością rozczarowuje. Opowieść o przeciętnym facecie, górniku, który wyrusza w daleką wyprawę, by zapewnić byt swojej rodzinie, mogła wypaść naprawdę dobrze, a oferuje tylko słabe zwroty akcji, nie trzyma odpowiedniego tempa i na dodatek nie sili się na emocjonalne zaangażowanie gracza. Rozgrywka też nie porywa - jest dosłownie kliszą ze średnich strzelanek TPP nie serwującą czegoś unikatowego, czegoś co moglibyśmy zapamiętać, co przyciągnęłoby na dłużej. Przeczesywanie dostępnego obszaru przy pomocy specjalnej maszyny również nie jest czymś, za co wypadałoby tę produkcję pochwalić (chyba nawet wolałbym, aby ten element twórcy sobie podarowali). Pod względem technicznym irytuje za to wczytywanie się poziomów i nieznośny backtracking. Zasadniczo nie widzę więc powodu, by sięgać po Lost Planet 3. Spróbować go mogą w zasadzie tylko fani serii, ale radzę się wstrzymać do czasu, aż ostro potanieje (mam tu na myśli obniżkę do kwoty rzędu 40-50 zł). Reszta powinna sobie odpuścić.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: