6

Śmieszne obrazki też mają swoje prawa autorskie

kot oczko
Internet to bez wątpienia skarbnica wiedzy i platforma wielowymiarowej wymiany opinii. Ale jest to również miejsce, w którym można się naprawdę dobrze pośmiać. Humorystyczne memy urosły do rangi zjawiska społecznego funkcjonującego głównie w internecie - przekazują pewną myśl, są nośnikami pewnej mody i stanowią świetny sposób na zaangażowanie oddanych społeczności. Ale obrazki przecież nie biorą się znikąd - ktoś je musi tworzyć.

A skoro ktoś je tworzy, to również posiada do nich prawa autorskie. Istnieje wielu „internetowych rysowników” w Polsce, którzy w artystyczny sposób przekazują pewne myśli, w osobliwy sposób komentują różne wydarzenia zachodzące w społeczeństwie i przy okazji – bawią swoich fanów. Nierzadko ich prace okazuje się „wiralowe”, czyli takie, które chętnie niosą się dzięki zainteresowaniu oraz zaangażowaniu społeczności skupionych wokół platform social media. Wszystko jest dobrze, dopóki dystrybucja owych obrazów jest zgodna z obowiązującym prawem. Okazuje się jednak, że pod tym względem uprawiana jest niestety wolna amerykanka.

W mediach społecznościowych zawłaszczanie sobie cudzych prac to wręcz plaga

Załóżmy, że pewien obrazek robi furrorę w sieci. Każdy szanujący się zarządca strony w medium społecznościowym „chce go mieć”. To akurat zrozumiałe. Jednak można to zrobić na kilka sposobów. Jak najbardziej akceptowalne jest udostępnienie takiej treści z zaznaczeniem jej autorstwa. Na Facebooku można to zrobić w niesamowicie prosty sposób – poprzez udostępnienie realizowane przez odpowiedni przycisk w platformie społecznościowej. Wtedy, użytkownik widzi skąd pierwotnie pochodzi dana treść i jeżeli go zainteresowała, może znaleźć ich więcej u autora. W takim wypadku i wilk jest syty i owca cała. Zarządca strony uzyskał możliwość podzielenia się śmiesznym obrazkiem, a jego twórca kolejne wskaźniki zaangażowania.

Co niestety jest bardzo smutne – często zdarza się tak, że grafika jest „żywcem” kopiowana z fanpage’a, a następnie redystrybuowana bez zaznaczenia, kto jest jej autorem. To sytuacja, w której traci przede wszystkim osoba posiadająca prawa autorskie do grafiki. Zaangażowanie skupia się wyłącznie na stronie, gdzie został umieszczony obrazek i użytkownicy widzący taką treść nie mają szansy na zapoznanie się z jej rzeczywistym autorem.

Z tym zjawiskiem postanowił walczyć fanpage „Lisie sprawy”

Zapewne bazując na własnych doświadczeniach w tej kwestii, fanpage „Lisie sprawy” postanowił rozpocząć akcję „Śmieszne obrazki też mają swoje prawa autorskie”, wedle którego użytkownicy informowani są o statusie prawnym takich grafik, a zaangażowani w akcję rysownicy tworzą treści korespondujące z przedsięwzięciem. I jest to jak najbardziej słuszne bowiem wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że nawet takie „błahostki” jak śmieszne obrazki również mają swoich autorów i co ważne, również z punktu widzenia prawa są dobrami chronionymi odpowiednimi zapisami. Kradzież tego typu grafik nie wydaje się nam przecież szczególnie dolegliwa dla jej autora, ale straty mogą być naprawdę spore. A nierzadko okazuje się, że za tego typu praktyki biorą się nawet spore firmy, gdzie osoby odpowiedzialne za komunikację marki z klientami w mediach społecznościowych powinny mieć wiedzę na temat prawa autorskiego. Akcja „Śmieszne obrazki też mają swoje prawa autorskie” ma charakter edukacyjny, w żartobliwy sposób przekazując myśl twórców konsumentom – szczególnie w mediach społecznościowych.