Już wkrótce może zmienić się system, jakim posługują się piloci samolotów pasażerskich. Badania wykazały, że wzięcie przykładu z natury może doprowadzić do drastycznego zmniejszenia zużycia paliwa.

Ludzkość od zarania dziejów sugeruje się naturą. Czy to w wierzeniach, sztuce, czy technologii, zawsze kierowaliśmy wzrok w stronę flory i fauny. Już w mitologii mamy przypowieść o Dedalu i Ikarze, którym udało się stworzyć skrzydła i wzbić w powietrze. Marzył o tym również sam Leonardo Da Vinci, renesansowy geniusz i wynalazca, jednak to dopiero braciom Wright udało się w mniejszym lub większym stopniu zrealizować jego wizję.
Polecamy na Geekweek: Opracowali lidar, przed którym nie można się ukryć
W żadnym wypadku nie jesteśmy jeszcze w momencie, w którym lotnictwo nie mogłoby zostać ulepszone. Pomimo pewnej stagnacji, inżynierowie ponownie kierują wzrok w stronę natury.
Samoloty niczym kaczki. Tak będziemy latać w przyszłości
Dziś, w dobie kryzysu klimatycznego i rosnących kosztów paliw, branża lotnicza ponownie zwraca się ku przyrodzie, by znaleźć rozwiązania, które pozwolą zmniejszyć emisję dwutlenku węgla i obniżyć zużycie energii. Jednym z najbardziej obiecujących pomysłów jest lot w formacji, inspirowany migrującymi gęsiami, które w ten sposób oszczędzają energię podczas długich podróży.
Projekt fello’fly, prowadzony przez Airbusa od 2019 roku, ma na celu przeniesienie stylu lotu w formacji „V” na loty pasażerskie. Wieloletnie eksperymenty dowiodły, że samoloty lecące w tej formacji i utrzymujące konkretne odległości od siebie mogą czerpać siłę nośną z wirów powietrznych tworzonych przez poprzedzającą maszynę. Jest to tak zwany wake energy retrieval. Dzięki temu można zmniejszyć opór aerodynamiczny, co przekłada się na oszczędność paliwa rzędu 5–10% na trasę.
W lipcu 2023 roku projekt otrzymał dofinansowanie w wysokości 10 mln euro od europejskiego programu Sesar, a już w drugiej połowie 2025 roku Delta Air Lines i Airbus planują wprowadzić tę technologię do rzeczywistych operacji lotniczych. Pierwsze testy odbędą się nad Atlantykiem, gdzie dwa samoloty pasażerskie – np. jeden lecący z Nowego Jorku, a drugi z Miami – będą podążać do Londynu w odległości zaledwie 2,2 km przy zachowaniu standardowej różnicy wysokości 300 metrów. To znacznie bliżej niż obecne standardy, które wymagają separacji od 5,5 do 9,2 km.
Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu