62

Koniec promocji na e-booki. Rząd chce sztucznie usztywnić ceny

W zgodzie z torem klasyka związków zawodowych, który słynie z tego, że chętnie „ustawą zniósłby ubóstwo”, tak rząd pragnie ustawą zmniejszyć ceny książek. A w przyszłości także e-booków. Żeby było ciekawiej, czytelnictwo ma być tańsze poprzez… zakazanie organizowania promocji. Chodzi o ustawę o stałej cenie książki, nad którą pracuje Polska Izba Książki, wspierana przez Ministerstwo […]

W zgodzie z torem klasyka związków zawodowych, który słynie z tego, że chętnie „ustawą zniósłby ubóstwo”, tak rząd pragnie ustawą zmniejszyć ceny książek. A w przyszłości także e-booków. Żeby było ciekawiej, czytelnictwo ma być tańsze poprzez… zakazanie organizowania promocji.

Chodzi o ustawę o stałej cenie książki, nad którą pracuje Polska Izba Książki, wspierana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. O samym dokumencie było głośno jeszcze w ubiegłym roku, a właściwie w listopadzie.

O co się rozchodzi? Zdaniem projektodawców rynek wydawniczy w Polsce jest chory. Czytelnik, o ile już się trafi, kupuje głównie książki z promocji. Stąd wieczne parcie wydawców na jak najszybsze obniżki, które pozwalają na generowanie obrotów. Stąd przez pierwsze osiemnaście miesięcy ma obowiązywać sztywna, ustalona podczas pierwszego wypuszczenia do sprzedaży stawka.  My też mamy rzekomo zyskać, bo jeżeli sztucznie utrzyma się cenę premierową, to same książki mają również być tańsze.

Dlaczego właściwie o tym piszę? Bo do niedawna wydawało się jeszcze, że ustawa ominie e-booki. Niestety, najprawdopodobniej stanie się inaczej i po wysokiej stawce podatku VAT na drodze do rozwoju e-czytelnictwa w Polsce pojawi się kolejna przeszkoda. Co prawda e-booki mają zostać objęte nowelizacją po paru latach od obowiązywania, ale co się odwlecze, to nie uciecze.

Pomysł jest oczywiście absurdalny i wychodzi od lobby wydawniczych, które szukają pretekstów, żeby przedłużyć swój żywot, a raczej swój żywot w aktualnej, rozrośniętej i uprzywilejowanej formie, nie mówiąc o tym, że byłby zamachem na „wolny rynek”, gdyby taki w Polsce istniał (dla zainteresowanych – system ekonomiczny w naszym kraju to „społeczna gospodarka rynkowa”). Ciekaw jestem zresztą, kiedy pojawi się ustawa ograniczająca takie usługi jak Legimi.

Nie mówiąc zresztą o tym, że nawet jeżeli faktycznie ten projekt ma na celu wyeliminowanie zjawiska promowania książek głównie promocjami i pójdą za tym faktyczne obniżki cen książek premierowych, to będzie tylko zmiana ustawienia jedzenia na talerzu. Posiłek pozostanie ten sam, bo Polak wydaje na kulturę, tyle na ile ma ochotę.

Mam jednak wrażenie, że intencje projektodawców nie są czyste, a cała ustawa, jest po prostu sposobem, na usprawiedliwienie trzymania ceny. Tymczasem wszystkie trendy, nie tylko na rynkach książek, ale też na innych polach dostępu do kultury, idą w drugą stronę, ku jej uelastycznianiu. Nie lubię narzekactwa, ale w Polsce, standardowo, zamiast uwierzyć w to, że ludzie chcą kupować, ale płacą tyle, ile uznają za stosowne, próbuje się nas wytresować do tego, żeby grzecznie wyjmować z kieszeni tyle, ile się od nas zażyczy. W takiej sytuacji wróżę świetlaną przyszłość wszystkim agregatorom plików, z których z łatwością można ściągnąć e-booki „za darmo”.