64

Kilkanaście minut „strachu”, bo nie było Facebooka. A jeśli byłyby to dni lub tygodnie?

Próbowaliście około godziny 10:00 odwiedzić Facebooka? Albo wysłać wiadomość na Messengerze? Jeśli tak, to jak podobnie miliony innych użytkowników najprawdopodobniej napotkaliście problem. Facebook nie odpowiadał, a to, po raz kolejny, dobitnie pokazało jak uzależenienie od jednego „narzędzia” może okazać się zgubne. Nie chcę generalizować tej sytuacji, bo wiem że nie można uogólnić okoliczności, w których […]

Próbowaliście około godziny 10:00 odwiedzić Facebooka? Albo wysłać wiadomość na Messengerze? Jeśli tak, to jak podobnie miliony innych użytkowników najprawdopodobniej napotkaliście problem. Facebook nie odpowiadał, a to, po raz kolejny, dobitnie pokazało jak uzależenienie od jednego „narzędzia” może okazać się zgubne.

Nie chcę generalizować tej sytuacji, bo wiem że nie można uogólnić okoliczności, w których znalazły się setki tysięcy, a może i miliony osób posiadających konto na Facebooku. Dlatego odniosę się do tego, czego doświadczyłem osobiście i co zauważyłem nie tylko dzisiejszego poranka, ale za każdym razem, gdy Facebook miewał problemy lub ktoś nie posiadał dostępu do telefonu z Internetem lub nie mógł otworzyć strony na komputerze.

Z wieloma osobami po prostu kontakt się urywał. Coraz częściej dodanie kogoś do grona znajomych przyjmujemy jak zapisanie do książki telefonicznej ze wszystkimi możliwymi sposobami kontaktu. Gdy jednak ten jedyny środek komunikacji zawodzi – zostajemy z niczym. Kontaktowanie się przez e-mail w wielu przypadkach może przypominać wymianę listów sprzed kilkudziesięciu lat, gdy na odpowiedź oczekiwało się do kilku dni. Wtedy, nikomu to nie przeszkadzało, lecz dziś kilkadziesiąt minut brak reakcji od adresata naszej wiadomości może oznaczać tylko dwie rzeczy – albo nas umyślnie ignoruje albo coś mu się stało. Z takiego założenia wychodzi coraz większa liczba osób.

Na swoim telefonie posiadam około dziesieciu aplikacji, które są po prostu komunikatorami. Wynika to przede wszystkim z tego czym się na co dzień zajmuję i po prostu muszę trzymać rękę na pulsie obserwując zmiany i nowości w każdym z tych produktów. Wśród nich znalazły się te mniej i bardziej popularne jak WhatsApp, Telegram, Hangouty czy Skype. Spora część „zwykłych użytkowników” (obserwacja na podstawie grona moich znajomych) nie czuje potrzeby zakładania kolejnego konta i instalacji kolejnej aplikacji – „przecież mam Facebooka”. Jeżeli już ktoś posiada jedną z tych aplikacji, to przywiązuje do niej tak mało uwagi, że w sytuacji przeoczenia powiadomienia dopiero po kilku dniach otwiera aplikację i zauważa nieodczytane wiadomości.

Najbardziej ze wszystkich sytuacji nie rozumiem jednak stosunku wielu osób do Skype’a, który to stał się w pewnym momencie synonimem dla rozmów głosowych i wideorozmów. Otóż aplikacja Skype’a uruchamiana jest tylko wtedy, gdy taka rozmowa jest zaanonsowana przy użyciu innego komunikatora. Czy z telefonami komórkowymi mamy zrobić tak samo? Mamy je wyłączać i uruchamiać dopiero wtedy, gdy dowiemy się, że ktoś chce do nas zadzwonić? Połączenie na Skype, podobnie jak na telefonie, można zignorować lub odrzucić, jeżeli jesteśmy czymś zajęci, a dodatkowo dostępna jest opcja ustawienia statusu, który poinformuje innych o tym, czy możemy aktualnie rozmawiać (lub odpisać) czy nie.

Zbyt dużą ilość narzędzi, z których korzystamy każdego dnia bierzemy za pewnik. Podobnie jak tworzenie kopii zapasowych nie jest zbyt popularne i mówi się, że ludzie dzielą się na dwie grupy: ci, którzy robią kopie i ci, którzy zaczną je robić, tak i w kwestii komunikacji bezpośredniej można podzielić użytkowników na tych, którzy dysponują alternatywą i na tych, którzy alternatywą będą dysponować.