121

Okazuje się, że da się jeszcze wygodniej niż z Apple Pay

Płatności zbliżeniowe w Polsce są tak naturalne, że za każdym razem w podróży po raz kolejny przechodzę szok kulturowy związany z koniecznością szukania na dnie plecaka karty, albo najbliższego bankomatu. Do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja, wiadomo. I choć Apple Pay weszło mi w nawyk i karty zabieram ze sobą tylko wsiadając do samochodu (spoczywają tuż obok prawa jazdy i innych istotnych dokumentów ;), już pierwsze minuty na lotnisku podczas ostatniego urlopu szybko postawiły mnie do pionu. Owszem, przy stanowisku do zakupów biletów z lotniska było logo Apple Pay, były terminale zbliżeniowe, ale pani powiedziała, że się nie da. Albo twarda waluta, albo karta. To był pierwszy (i przedostatni) raz kiedy dałem się na to nabrać.

Płatności zbliżeniowe bez Apple Pay. Chętnie korzystałbym z takich kart jak Suica także w Polsce

Nieco łatwiej poszło z Apple Pay w sklepie sieci 7-Eleven. Ale tylko pierwszym, bo w drugim powiedziano mi, że Apple Pay nie wchodzi w grę. Przypomniałem sobie więc o zabranej karcie do płatności zbliżeniowej PASMO. Okazało się jednak, że nie potrzeba już iPhone’ów na japoński rynek ze specjalnymi czipami (jak miało to miejsce jeszcze za czasów iPhone’a 7), by móc korzystać z innego japońskiego systemu płatności w Wallecie. Wygenerowanie karty Suica zajęło mi raptem kilka sekund, a doładowanie jej za pośrednictwem kart podpiętych do Apple Pay — niewiele więcej. I to właśnie ona stała się moim głównym środkiem płatniczym podczas wyjazdu.

Doładowywałem kartę dowolną kwotą, wszystko odbywało się z poziomu smartfona, a wraz z nią wszystkie moje problemy z płatnościami zniknęły jak za odjęciem czarodziejskiej różdżki. Korzystałem z niej w komunikacji miejskiej (odbijając się na wejściu i przy wyjściu), sklepach (zarówno spożywczych pierwszej potrzeby, jak i większych supermarketach czy odzieżowych), restauracjach wspierających płatności kartą oraz rozsianych po całej Japonii automatach z napojami które można napotkać (dosłownie) co kilka-kilkanaście metrów.

I choć po drugim wielkim NIE na pytanie o Apple Pay byłem trochę zirytowany, po powrocie do Polski zdałem sobie sprawę że… owszem, uwielbiam Apple Pay, ale Suica była dużo wygodniejszym rozwiązaniem. Zwłaszcza w przypadku mniejszych zakupów — szybki zakup napoju, kawy w drodze, opłata za bilety w autobusie czy metrze. Konieczność doładowywania jej (to w końcu pre-paid) najpierw postrzegałem jako uciążliwą, ale szybko okazało się, że to żaden problem. A brak konieczności korzystania z FaceID i wyboru karty (by skorzystać z Suci wystarczy przyłożyć smartfon do czytnika, nie trzeba nawet włączać ekranu) okazał się… świetny.

Nie mam złudzeń co do tego, że doczekamy się analogicznych rozwiązań w Polsce. Przed smartfonową rewolucją Japonia zawsze szczyciła się swoimi autorskimi rozwiązaniami — i byli w tym doskonali. Ich telefony jeszcze w czasach „głupich komórek” znały od groma sztuczek, były też pełnoprawnymi platformami do gier. Wspomniane karty Suica debiutowały w 2001 roku — wtedy na naszym rynku karta płatnicza w kasie hipermarketu wywoływała wśród kasjerów przerażenie. Dlatego tym bardziej cieszę się, że takie elementy starej infrastruktury pozostały (i że gdzieś po drodze połączono terminale, które potrafią obsłużyć karty Suica oraz PASMO) — co więcej, koegzystują z nowymi rozwiązaniami. Nowe jest potrzebne, ale czy zawsze jest lepsze? Niekoniecznie — a przynajmniej nie w każdej sytuacji.