30

Juicero to przykład robienia kasy na naiwnych klientach i inwestorach

Cięgle słyszę, że nowe urządzenia/usługi/technologie mają nam ułatwiać życie - skomplikowane, czasochłonne czy męczące czynności przestają takimi być lub nie są już przez nas wykonywane. Zysk jest oczywisty. Czasem jednak pojawia się pytanie, czy zmiany rzeczywiście mają sens, czy gra jest warta świeczki a skórka wyprawki. Ostatnio dyskusja tego typu towarzyszy produktowi Juicero - za setki dolarów sprzedawane jest urządzenie, którego pracę w minutę wykona... przeciętna ludzka ręka.

Juicero to podobno hit. Piszę „podobno”, bo nie przypominam sobie, bym wcześniej o nim słyszał. Ale teraz czytam, że firma zebrała od inwestorów 120 mln dolarów (pieniądze wyłożyło m.in. inwestycyjne ramię Google/Alphabet), że to jeden z najgorętszych sprzętowych startupów kilku poprzednich kwartałów, że gwiazdy się nim zachwycały. Zapowiadano prawdziwą rewolucję w zakresie odżywiania, przygotowywania napojów. I możliwe, że jeszcze do niej dojdzie, ale droga do celu stała się dość wyboista i kręta.

Urządzenie można nazwać prasą do owoców i warzyw. Inteligentną prasą, bo wpakowano do niej elektronikę i zapewniono połączenie ze smartfonem, stworzono odpowiednią aplikację. Ponoć prace nad tym trwały kilka lat. Czy do maszyny wrzuca się po prostu kawałki owoców/warzyw? Nie, trafiają do niej specjalne worki, w których znajdziemy pulpę. Jeżeli ktoś ma niewydajną sokowirówkę i otrzymuje mokre resztki, to wie, o czym mowa. Owych worków z pulpą (kosztują od 5 do 8 dolarów) nie można kupić, jeśli nie posiada się prasy. A ta kosztuje 400 dolarów, jakiś czas temu cena wynosiła 700 dolarów. Sporo.

Część ludzi patrząc na film instruktażowy pewnie się uśmiechnie i stwierdzi, że to przesada – kilkaset dolarów za takie coś? Przecież podobny efekt uzyskam korzystając z sokowirówki czy wyciskarki, użyję do tego świeżych owoców i zrobię nie szklankę, lecz dzbanek soku. W odpowiedzi taka osoba mogłaby usłyszeć, że Juicero oznacza mniejszy bałagan, że to inteligentne urządzenie, które powiadomi np. kiedy mija termin ważności pulpy (data jest też wytłoczona na workach), że to nowoczesne rozwiązanie, „doświadczenie”. Tu dochodzimy do istotnego wątku.

Inwestorzy rzucili się pewnie na startup, bo pojawiło się słowo „smart”, bo ktoś wymyślił na nowo jakiś fragment AGD, bo ubrał to w piękne słowa (było nawet przywoływanie Apple), bo mówił o zdrowym stylu życia, właściwym odżywianiu itd. Te tematy są nośne, wszystko padało na podatny grunt. A gdy pojawiły się zdjęcia i filmy z celebrytami korzystającymi z maszyny, lawina ruszyła. Albo nikt wtedy nie pytał o szczegóły albo był ignorowany. W końcu jednak ktoś powiedział głośno „sprawdzam”, a media to podłapały.

Za Oceanem wybuchła mała afera, bo dwóch inwestorów wyraziło zdziwienie/niezadowolenie z faktu, że pulpę można wyciskać używając rąk. Sprawie przyjrzał się bliżej Bloomberg, przeprowadził test i okazało się, że to prawda. Juicero daje niewiele więcej soku niż dłonie wyciskające woreczek. Nagle stwierdzono, że coś jest nie tak: kilka lat pracy, opowieści o wielkiej sile prasy i mit upada po kilku filmikach w mediach społecznościowych?

CEO firmy, Jeff Dunn (rolę pełni od listopada 2016 roku) szybko opublikował odpowiedź i zaproponował niezadowolonym klientom zwrot pieniędzy. Firma daje na to 30 dni i nie pokrywa kosztów przesłania urządzenia. Szef nie mówi jednak o porażce – we wpisie mamy sporo bełkotu właściwego Dolinie Krzemowej i korporacjom oraz zapewnienia, że korzystanie z Juicero to inny wymiar doznań – ręka tego nie zastąpi! Tu jest aplikacja, tu jest porządek i najwyższa jakość. Zakładam, że spora część klientów mu przytaknie, stwierdzą, że warto wydać 400 dolarów na taka maszynę. ich pieniądze, ich wybór. Tylko pogratulować twórcom.

Ta historia pokazuje pewne problemy, z jakimi zmaga się Dolina. Kasa przelewa się tam znacznie szybciej i większym strumieniem, niż ten sok z worka, zdecydowanie nie jest tak, że każdy projekt jest wnikliwie analizowany i sprawdzany: będzie smart, eko i za duże pieniądze? Ok, wchodzimy w to, bo sprawa nie może nie wypalić. Od rzeczywistości oderwani są też niektórzy twórcy/przedsiębiorcy, media oraz odbiorcy. Żyją w hermetycznym środowisku, chcą wymyślać koło na nowo, nie patrzą na portfel przeciętnego klienta. A gdy ktoś krzyknie, że król jest nagi, rozkładają ręce w braku zrozumienia.

Wielu osobom pewnie nie przeszkadza to, że ktoś robi im wodę z mózgu mówiąc o przeżyciach, jakie daje wyciskanie soku z torebki za pomocą drogiego (i niepotrzebne) urządzenia. Nie ma sensu nad tym ubolewać.