59

Jeżeli irytujesz mnie reklamami, nie dam ci zarobić. Bez adblocka

Miarka się przebrała. Od dłuższego czasu mam problem z mediami internetowymi, które w dużej części przeginają z reklamami. Już nie tylko jako konsument treści w Internecie, ale również jako ich twórca zwyczajnie rozumiem, że każdy klik, odtworzenie reklamy wideo to chleb dla jakiegoś dziennikarza. Ale jeśli ten chleb ma się wiązać z bluzgami rzucanymi w […]

Miarka się przebrała. Od dłuższego czasu mam problem z mediami internetowymi, które w dużej części przeginają z reklamami. Już nie tylko jako konsument treści w Internecie, ale również jako ich twórca zwyczajnie rozumiem, że każdy klik, odtworzenie reklamy wideo to chleb dla jakiegoś dziennikarza. Ale jeśli ten chleb ma się wiązać z bluzgami rzucanymi w stronę ekranu, to ja się do tego nie chcę przykładać.

Poznaj pieśń mojego ludu

Kilka dni temu miałem przyjemność zapoznać się z reklamą, która ponoć bardzo irytuje oglądających telewizję. Oreo. „Co się stanie…” – mnie nie ruszyła. Skoczna pioseneczka, taka sobie animacja… wpada w ucho. Znajomi na samą nazwę „Oreo” cofają się jak poparzeni i w głośny sposób manifestują swoje niezadowolenie. Mnie nie denerwuje, ich tak. Sprawa podobna do reklamy Media Expert z prawdopodobnie znaną w rozrywkowym biznesie gwiazdką. Najlepsze w tej reklamie było poprawne i miłe dla ucha „włączamy”, które nie brzmiało jak okrutne dla języka „włanczamy”.

A od pewnego czasu ja mam problem z mediami w Internecie, które bardzo lubią powodować u mnie stany podobne do tych, które przyrodzone są konsumentom treści w telewizji. Jako przykład podam stronę „po fachu” ze „światem” w nazwie, gazetkę jeszcze mają. Kiedyś u mnie obowiązkowa pozycja do przeczytania co jakiś czas, mnóstwo fajnych programów na dołączanej do papieru płytce. Dzisiaj mnie to jakoś nie grzeje, ale raz na jakiś czas zaglądałem. Tak, już nie zaglądam. Nie wolno mi, ale o tym za chwilę.

new-york-742795_1280

Lubię poczytać sobie o rzeczach, które opisujemy na Antywebie poza Antywebem, zarówno mnie jak i Was interesują opinie. Te różne. Jednak z usług wyżej wymienionej strony zrezygnowałem nie z powodu niskiego poziomu treści, lecz… z powodu tak brutalnych reklam, że zamiast odczuć zamierzoną przez medium chęć kupienia tego i owego pokazanego w materiale promocyjnym, chciało mi się wrzeszczeć. Głośniej, niż dwie reklamy wideo w jednym tekście. Tak, odpaliły się w tym samym momencie, głośniki były ustawione na pół gwizdka, jazgot nieprzeciętny. I co więcej, zdążyłem przeczytać wstęp, przechodziłem do następnego akapitu, wciągałem się w lekturę, a tam:

„blablablablablabla pachnij jak prawdziwy mężczyzna blablablablabla popopopopo POTĘGA”

Jakoś mniej mnie bolą reklamy podczas oglądania wideo. YouTube potrafi zaskoczyć np. dużo głośniejszą reklamą niż sam materiał (to oczywiście nie jest jego wina), ale tutaj poziom irytacji nie sięga poziomów, po których zastanawiam się, czy kontynuować konsumpcję materiału, czy może rzucić to w cholerę i wyjść na papierosa.

I podobnie nie mam nic przeciwko reklamom opartym na tym, czego szukałem wcześniej w Internecie. O, szukałem jeszcze nie tak dawno komputera – szybkie przewertowanie ofert kilku wybranych modeli zaowocowało późniejszymi sugestiami na różnych stronach, również na Facebooku. Ale nie były to oferty nachalne, jakby miały wyleźć zaraz z ekranu i strzelić mnie w twarz. Podobnie z pralką – jak szukałem, to zaraz z pomocą przyszły mi kolejne oferty, wplatane podobnie. Nic do tego nie mam, póki się to nie drze.

boy-666803_1280

Oczywiście, do grona „(nie)sław” dołączam takie materiały promocyjne, które są zrobione tak, byleby ich nie wyłączyć. Przyciski „x” tak mikre, że zajmują dokładnie jeden piksel i nawet kliknięcie na powierzchnię symboli mimo wszystko spowoduje przekierowanie na daną stronę to już nieco rzadsze zjawisko, ale spotykane. Toplayery, jeżeli są fajnie zrobione i nie męczą przeglądarki – zniosę, ale bez przesady. Spotkałem się ostatnio z nową taktyką marketerów – odpalające się po jakimś czasie kolejne materiały wideo – mimo ich wcześniejszego wyłączenia. Tak, wykląłem reklamę, obejrzałem co chciałem, schowałem stronę w gąszczu otwartych zakładek. Chwila ciszy, coś dłubię, a to znienacka orze głośniki i przy okazji zmusza mnie do powtórzenia czynności, już z wymogiem wyłączenia zakładki i… zablokowania strony na wszelki wypadek.

Na telefonach, tabletach jest nie lepiej

Ile razy zdarzyło się Wam celować palcem w link, aż tu nagle w ułamku sekundy pojawia się reklama i niechybnie trafiacie w nią palcem? Stawiam baterię dobrego alkoholu, że większość odpowie: „chociaż raz”. I miłe przeżycie to raczej nie było. Wycelowanie w urządzeniach mobilnych w „iksy” zamykające reklamy jest jeszcze „ciekawsze”, niż w przypadku komputerów. Mysz w takich przypadkach jest precyzyjniejsza i pozwala czasem na wygraną z cwanym marketerem. Na smartfonie, czy tablecie nasze szanse maleją jeszcze bardziej.

Uwierzcie mi. Jeszcze trochę, jeszcze chwila, a i telefon będzie na nas warczeć reklamami podczas przeglądania Internetu. Zresztą, to już się dziać zaczyna, a będzie gorzej. Niestety.

Po prostu – nie daj zarobić

AdBlock to fajne narzędzie – czytasz co chcesz, reklamy nie denerwują, jest przyjemnie. Miodzio. Wszystko świetnie. Ale to nie rozwiązuje problemu. Dalej jest klik, dalej będą się sprzedawać reklamy, fakt iż nie kliknie się sama reklama (a nie strona) jest „wliczony w ryzyko”. Pewne formaty reklam się przejadają, są zmieniane lub dorzuca im się mocniejsze oddziaływanie (o ile można). Marketerzy prowadzą z nami nieustającą wojnę, byleby się wszystko zgadzało. A jak to zrobi – liczy się inwencja. Pęd ku cyferkom przybrał takie już rozmiary, że działania osób odpowiedzialnych za nasze bluzgi przed monitorem przypominają istną dzicz. Wyobraźcie sobie samostartującą, drącą się reklamę na Antywebie. Jak mniemam, wybuchłyby zamieszki.

blok

Korzystam sobie z baaaardzo miłego rozszerzenia dla Chrome (tak, już nie IE, nie Edge). I już sama nazwa wskazuje, do czego ono służy. Block Site pozwala nam na ustalenie, gdzie w Internecie nie wejdziemy. No i świetnie. Równie dobrze ten dodatek może posłużyć za ułomnego cenzora, ale pamiętajmy, że nie ogranicza on w wystarczającym stopniu ryzyka, wedle którego dzieciak błądzi w Sieci i trafia na przykład na strony „przyrodnicze”. Od tego są lepsze narzędzia.

A dlaczego blokuję te strony? Bo jestem konsekwentny, ale zapominalski. Nie zliczę wszystkich stron, które zalazły mi za skórę. A tak, to kiedy natrafię na linka, z ciekawości kliknę, informacja o tym, że strona znajduje się w indeksie „zakazanych” nie tylko będzie dla mnie przypomnieniem, ale i ratunkiem przed mimowolnym pokalaniem języka ojczystego.

Życzę Wam samych miłych wrażeń w Internecie!

Grafika: 1, 2, 3