59

Jestem najsmutniejszym użytkownikiem asystenta Google

Asystent to wspaniała usługa. Diametralnie zmienia sposób w jaki korzystamy z technologii mobilnych. Zmienia niemal każdy aspekt naszego życia. Wiecie gdzie jest haczyk? To nadal pieśń przyszłości.

Asystent Google to kawałek technologii, która rodzi we mnie skrajnie sprzeczne uczucia. Od euforii po depresje. Od ogromnych nadzieji po całkowitą rozpacz. Od nazywania go zbawcą ludzkości po określenie największym bublem w historii świata. Oto moja historia korzystania z asystenta Google.

Na początku było nic

Co tu dużo mówić. Polska to dalej technologiczny kraj trzeciego świata. Pomimo, że coraz częściej giganci technologiczni sobie o nas przypominają to i tak jesteśmy w ogonie. Nowe usługi od Google, Apple czy Microsoft wchodzą do nas z reguły z dużym opóźnieniem, a niektóre nigdy nie są dla nas dostępne. Dotyczy to zarówno usług cyfrowych jak i urządzeń. To jeden z powodów dla którego do niektórych premier podchodzimy ze zbyt dużym entuzjazmem, a przynajmniej ja.

Tak było z asystentem Google. Wykonywałem wiele prób do jego codziennego użytkowania jeszcze zanim oficjalnie wkroczył do Polski. Jak się zapewne domyślasz, skoro prób było wiele to żadna tak naprawdę się nie udała. Oczywiście zwalałem to na fakt, że asystent nie obsługiwał naszego rodzimego języka. Nie mam problemem z angielskim, ale gdy trzeba było podyktować adres to dostawał solidnej czkawki. Do tego było to…nienaturalne. Niby angielskim posługuje się zasadniczo codziennie, to i tak coś mi nie pasowało w tym całym układzie. Było to takie na siłę.

A potem przybył on…cały po polsku

Dlatego kiedy asystent Google oficjalnie miał wkroczyć do Polski byłem naprawdę szczęśliwy. W końcu to będzie naturalne, w końcu przestanę ciągle sięgać po telefon. Będę wszystko dyktował, będę mógł z kimś porozmawiać nawet jak wszyscy będą mieli mnie dość. Będę miał kogoś kto nigdy nie powie, że jest za późno albo ma dość. Niemal jak cyfrowy przyjaciel. Istny raj na ziemi.

Cios numer jeden – nie dla każdego

Szybko się okazało, że asystent nie u każdego działa, nie każdy może go zainstalować i co jeszcze ciekawszego, u nie każdego działa tak samo. Dołączyłem do kilku grup na Facebook’u, które zrzeszały fanatyków nowych technologii jak ja. Wymienialiśmy się spostrzeżeniami, uwagami, problemami. Wiecie co w tym wszystkim było najgorsze? Fakt, że ilość problemów bardzo szybko przyćmiewał ilość benefitów i korzyści. Widać było, że z tym rozwiązaniem jest coś nie tak.

Cios numer dwa – ilość

Kiedy udało się to jakoś rozkręcić zacząłem dostrzegać braki. Kolejna rysa na lśniącej zbroi. Technologia może i wkroczyła, ale mało która usługa w naszym kraju jakkolwiek z tego korzystała. Sama ilość urządzeń nie powalała (teraz jest znacznie lepiej). Nie było wiadomo do czego to tak naprawdę wykorzystać.

Cios numer trzy – nie możemy się dogadać

To bardzo poważna sprawa. Ja po prostu bardzo często nie mogłem się dogadać z asystentem. O ile przy wersji angielskiej byłem wyrozumiały tak w wersji polskiej na wyrozumiałość nie było miejsca. Frustrowało mnie że w ruchu asystent bardzo często przeinaczał słowa i zwroty. Powodowało to, że absurdalnie często odrzucał mnie do wyników wyszukiwania Google zamiast wykonać jakąś operację. Realnie przez ilość prób dużo szybciej było wykonać taką operację „manualnie”, ale przecież ja już nie chciałem tak działać!

To wszystko jest bez sensu

To chyba był najsilniejszy cios. Po jakimś czasie to narzędzie okazało się całkowicie bez sensu. Na codzień jestem dużo w ruchu. Zarówno pieszym jak i rowerowym czy samochodowym. Każda rzecz, która pozwala mi na minimalizację kontaktu z telefonem jest dla mnie zbawieniem. Właśnie dlatego pokładałem tak wielkie nadzieje w asystencie Google. Wierzyłem, że większość rzeczy będę mógł wykonać za pośrednictwem głosu. W końcu mikrofon mam niemal zawsze przy sobie czy to w aucie czy poza nim na słuchawkach.

Jednak tak się nie stało. Asystent Google jest świetnym narzędziem jeśli chcemy wykonać proste czynności. Włączyć światło, wyszukać jakąś informacje w podstawowym zakresie. Jednak – przynajmniej w wersji dostępnej w Naszym kraju – jest bezużyteczny w zakresie bycia asystentem. Nie nadaje się, aby wspierać nas w codziennych, służbowych czynnościach. Jest – co tu dużo mówić – zbyt ułomny.

Subiektywizm for the win!

Zdaję sobię sprawę jak bardzo subiektywna jest moja opinia. Wiem, że pod tym artykułem może pojawić się cała masa komentarzy, która poda szereg przykładów wykazujących, że się mylę. Powiem więcej, w momencie, gdy wspomniałem kolegom z redakcji o czym chcę napisać od razu pojawiły się głosy obalające to co tu czytasz. Nie ma w tym nic złego.

W pełni zgadzam sie z tym, że jest wiele zastosowań dla asystenta Google. Zastosowań w których ma sens. Wierze, że ludzie posiadający głośnik Google i używających asystenta do obsługi urządzeń w domu są zadowoleni. Jednak ja oczekiwałem od tej premiery czegoś znacznie więcej. Wierzyłem, że Google da nam prawdziwego asystenta.

Jest mi niezmiernie smutno jak to się potoczyło. Nadal wierzę, że asystent Google i narzędzia tego typu mają szansę zmienić nasz sposób obcowania z technologią. Wiem, że w przyszłości będzie to nasz główny interfejs wykorzystywany do obsługi urządzeń wszelkiej maści. Jednak wydaje mi się, że długa droga przed nami. Chyba bardzo długa.