Wearables

Jak to się dzieje, że ludzie wpłacają pieniądze na takie rzeczy w crowdfundingu?

MS
Maciej Sikorski
20

Osoby, które czytały moje teksty dotyczące finansowania społecznościowego, wiedzą, że do samej idei nie mam zastrzeżeń. Co więcej, uważam, że to świetny wynalazek i wielka szansa dla startupów czy artystów. Nie podoba mi się jednak, że serwisy tego typu zamieniają się w sklepy z przedsprzedażą. Czas...

Osoby, które czytały moje teksty dotyczące finansowania społecznościowego, wiedzą, że do samej idei nie mam zastrzeżeń. Co więcej, uważam, że to świetny wynalazek i wielka szansa dla startupów czy artystów. Nie podoba mi się jednak, że serwisy tego typu zamieniają się w sklepy z przedsprzedażą. Czasem wyciąga się w nich od klientów naprawdę duże pieniądze za obietnice dostarczenia produktu, który dostarczony raczej nie zostanie. Bo to np. projekt wykraczający poza możliwości twórców. Ludzie jednak wierzą i płacą.

Wczoraj czytałem o ubieralnym smartfonie Blu. Projekt już na papierze wydaje się nierealny, ale z ciekawości postanowiłem sprawdzić, czy ktoś wpłacił kasę twórcom. Wpłacił. Dzisiaj rano okazało się, że takich osób przybywa, a na liczniku jest już ponad 20 tysięcy dolarów. Wystarczyło kilkanaście godzin. Nadal nie wierzę w to, by udało się zabrać wnioskowany milion, ale wszystko jest przecież możliwe - nawet kilkaset tysięcy byłoby dla mnie zaskoczeniem. Dlaczego?

Otóż nie wierzę w to, że twórcom uda się dostarczyć na rynek sprzęt, który pokazują na grafikach i w filmie promocyjnym. Jest poza ich zasięgiem - zwłaszcza przy budżecie wynoszącym milion dolarów. Nawet gdyby udało im się osiągnąć kształt pierścienia i smartfon rzeczywiście dałoby się założyć na nadgarstek, to gadżet będzie miał tyle niedociągnięć i niedoróbek, że klient szybko z tego zrezygnuje. Skąd ta pewność? Bo to pierwsza wersja, ta zawsze obarczona jest błędami. Zwłaszcza, gdy jest tworzona w warunkach "garażowych". Wystarczy przypomnieć gadżet Ring, który swego czasu cieszył się wielkim zainteresowaniem w serwisie finansowania społecznościowego, a potem okazało się, że to bubel.

Gdyby sprawa była tak prosta, jak widzi to zespół, to podejrzewam, że zobaczylibyśmy już taki sprzęt na rynku. Jeśli nie dostarczyłyby tego firmy Samsung czy LG eksperymentujące z wyginanymi wyświetlaczami, to pewnie skusiliby się Chińczycy, którzy lubią zaskakiwać niecodziennymi pomysłami. Ale jakoś nie przypominam sobie zapowiedzi smartfonu na nadgarstek. Nie pomyśleli o tym? Nie mają w budżecie miliona dolarów? A może grają na tyle zachowawczo, że świeże pomysły ich nie interesują?

Smartfon Blu może i intryguje swoim wyglądem, niektórzy uznają pewnie, że pomysł jest naprawdę dobry. A do tego świetne podzespoły (twórcy postanowili zaszaleć i nie żałowali klientom - będą nawet zaginać Gorilla Glass) oraz funkcje, które muszą wywoływać "wow". Tyle, że to obietnica. I to obietnica bez pokrycia. A ludzie płacą i to po kilkaset dolarów. Najwyraźniej podziałała magia promocji - mogą zaoszczędzić ponad 70% z sumy, jaką sprzęt będzie kosztował, gdy trafi już na rynek. Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem.

Niby każdemu trzeba dać szansę, nie są to też moje pieniądze, więc nie powinienem decydować, kto i na co ma wydawać swoje środki. Niepowodzenie takich projektów nie wpływa jednak pozytywnie na rozwój tej branży. Przybywać będzie naciągaczy sprzedających cuda, trudniej będzie się przebić twórcom z ich "zwyczajnymi" pomysłami. I chociaż mówi się o tym nie od dzisiaj, to najwyraźniej przekaz nadal nie dociera do wszystkich. Za kilak miesięcy przeczytamy o równie odjechanym gadżecie i znowu pojawią się ludzie wyciągający portfele.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu