34

Jak się tworzy treści wirusowe? Wystarczy Instagram i sterczący tyłek

Co dzisiaj trzeba zrobić żeby zdobyć sławę i wygrać w Internecie? Uratować worek kotków z płonącego domu? To też. Jednak jest łatwiejszy sposób, wystarczy mieć zgrabny sterczący zadek, jak Jen Selter. Jest to swoista metafora, że znaczną częścią naszego Internetu jest właśnie dupa. To zadziwiające, jak dzisiaj niewiele trzeba żeby mówiono o tobie na drugim […]

Co dzisiaj trzeba zrobić żeby zdobyć sławę i wygrać w Internecie? Uratować worek kotków z płonącego domu? To też. Jednak jest łatwiejszy sposób, wystarczy mieć zgrabny sterczący zadek, jak Jen Selter. Jest to swoista metafora, że znaczną częścią naszego Internetu jest właśnie dupa.

To zadziwiające, jak dzisiaj niewiele trzeba żeby mówiono o tobie na drugim krańcu ziemi. Internet to niesamowite medium, którego działania, nikt tak na prawdę do końca chyba nie rozumie. No bo, jak to jest możliwe, że wystarczyło zgrabne ciało i Instagram, aby być na językach we wszystkich zakątkach globu? Dzisiaj niejednokrotnie wydarzenia lokalne stają się globalnymi, no bo jak wytłumaczyć relację pomiędzy wrzucaniem zdjęć do Internetu przez instruktorkę fitness (zakładam, że zajmuje się fintesem, bo niemal wszystkie zdjęcia przestawiają ją na siłowni), a tym że kilka tygodni później mówi o niej duża część cywilizowanego świata?

W przeciwieństwie do noblistów, postaci historycznych czy sławnych aktorów, pierwsze wyniki wyszukiwania nie prowadzą do Wikipedii, w której znajduje się wpis dotyczący życiowego dorobku i najważniejszych dokonań. Pierwsze pozycje wyszukiwania wskazują Instagrama, facbooka, tublr’a, twittera i filmików na Youtubie. Znak naszych czasów.

przypał

Warto dodać, że wpisanie do wyszukiwarki frazy „Jen Selter”, wziętej w nawiasy daje niemal 3.5 mln wyników. Jej to historia ziszczenie snów każdej dziewczyny, które wrzuca swoje półnagie zdjęcia do Internetu.

Internet to bez wątpienia kultura obrazkowa. Kiedyś przeczyłem artykuł, w którym padała odważna teza, że dzięki internetowi nastał renesans słowa pisanego. Być może jest w tym ziarno prawdy. Jednak Internet to przede wszystkim obrazki, czego znakomitym dowodem są memy, opisując niemal każdą emocję ludzką i przeniknęły na dobre do naszej podświadomości, a co za tym idzie do naszego języka. Wracają jednak do naszej bohaterki, nie przestaje mnie zadziwiać. W dzisiejszych czasach sformułowanie robić karierę tyłkiem nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Historia ta to również przykład tego, jak wykorzystanie nowych technologi może pomóc w odniesieniu sukcesu, nawet w sposób nie do końca zamierzony. Jen prawdopodobnie liczyła na to, że kiedyś zostanie zauważona, jednak nie mogła przewiedzieć do jakiej skali to urośnie. Wydarzenia, które dzieją się w sieci nabierają zupełnie nowego wymiaru. Dzisiaj jeżeli twój profil zacznie śledzić Rihana, a za nią parę innych znanych osób, plotkarskie redakcje rozgrzewają się do czerwoności na całym świecie, poświęcając całe artykuły, tylko i wyłącznie temu faktowi. Takie materiały produkuje się stosunkowo łatwo, wystarczy okrasić je zdjęciem skąpo odzianej kobiety, którego nie trzeba robić bo sama wrzuciła je na Instagrama, dorzuci kilka zdań, pod żadnym pozorem złożonych,a temat będzie eksploatowany, aż się wyczerpie. Czyli prawdopodobnie przez miesiąc.

Co najlepsze wszystkie informacje podaje z głowy. Sam stałem się zakładnikiem globalnego obiegu informacji. Nie szukałem tego typu treści. Nie robiłem żadnego specjalnego researchu, nie bywam na portalach plotkarskich, nawet portale informacyjne przestałem śledzić (od kiedy zamieniły się tabloidy). Skąd zatem o tym wszystkim wiem? Nie mam zielonego pojęcia, przyswoiłem przepadkiem. Zaśmieciłem swoją pamieć mimochodem. A skoro już to wiem, to kto decyduje o tym co trafi do mojej głowy? Czy przebywając w Internecie jest możliwość pominięcia tego zbiorowego szaleństwa? Czy treści wirusowe dotrą do nas niezależnie, które rejony Internetu nas interesują? Czy stajemy się niewolnikami w budowaniu czyjejś popularności, która określa ilości odwiedzin artykułu, portalu, liczba fanów na Facebooku i liczba śledzących na Instagramie. Na prawdę czasem żałuję, że nie ma możliwości całkowitego filtrowania niektórych treści. Wtedy na bank świat celebrytów zniknąłby z mojego Internetu, a przede wszystkim z mojej głowy.

Niestety jest to chyba właśnie definicja wirusowości, o którą wszyscy ludzie Internetu zabiegamy. Tak już jest, że gdy decydują tłumy zgromadzone przed komputerami, czasem są to treści ciekawe, zabawne, warte obejrzenia, a czasem jest to kot wyjękujący „oh long johnson” albo po prostu czyjeś cztery litery. I tak już zostanie. Jednak proporcje jednych do drugich, dużo powiedzą nam o nas samych.