Moje przemyślenia

Czy recenzenci kupujący prywatny sprzęt do recenzji są bardziej wiarygodni?

JR
Jan Rybczyński

Z wykształcenia psycholog zajmujący się ludzką str...

15

Obserwuje w sieci całe mnóstwo rożnych mitów dotyczących wiarygodności tekstów, wpływu producentów, reklamodawców, agencji interaktywnych na finalną formę recenzji. Wielokrotnie spotkałem się z twierdzeniem, że prawdziwie obiektywna recenzja będzie miała miejsce tylko wówczas, jeśli recenzujący za w...

Obserwuje w sieci całe mnóstwo rożnych mitów dotyczących wiarygodności tekstów, wpływu producentów, reklamodawców, agencji interaktywnych na finalną formę recenzji. Wielokrotnie spotkałem się z twierdzeniem, że prawdziwie obiektywna recenzja będzie miała miejsce tylko wówczas, jeśli recenzujący za własne, prywatne pieniądze zakupił sprzęt dla siebie i podzieli się swoimi wrażeniami. Otóż nic bardziej mylnego i poniżej postaram się to uzasadnić.

Artykuł pochodzi z prywatnego bloga Jana Rybczyńskiego, na którym autor publikuje równolegle do AntyWeb.pl.

Trochę teorii

Zacznijmy od truizmu, że ludzka psychika jest bardzo skomplikowana i nieustannie podawana najróżniejszym bodźcom. Wpływ ma na nas dosłownie wszystko. Pierwszą nieoczywistą kwestią, którą warto sobie uświadomić, to fakt, że nie ma sposobu na uodpornienie się na działanie tych bodźców. Największy ekspert w dziedzinie jakiegoś zjawiska psychologicznego nie jest na nie obojętny tylko dlatego, że wie jak ono działa. Idąc dalej tym tropem, twórcy reklam są na nie jak najbardziej podatni, nawet jak znają setki sztuczek, które mają uczynić je bardziej skutecznymi. Oczywiście, każdy rodzaj wpływu można próbować kontrolować, ale nie ma 100% odporności. Kto tak uważa, jest po prostu naiwny.

Warto również w tym momencie podkreślić, że w przyrodzie nie występują też efekty doskonałej manipulacji. Reklama nigdy nie działa tak, że widzimy ją w telewizji i już nie możemy się powstrzymać, żeby pobiec do sklepu i kupić cokolwiek na niej pokażą, chociaż miałby to być nowy krem na hemoroidy, a my hemoroidów nie mamy. Działanie jest zwykle bardziej subtelne. Jeśli żona wyśle nas do sklepu po proszek i staniem przed półką, nie wiedząc co wybrać, bo zwykle nie kupujemy proszku do prania - co za seksistowski przykład, to jest duża szansa, że wybierzemy to, co ostatnio widzieliśmy na reklamie, bo i tak nam wszystko jedno, a gdzieś w podświadomości zakotwiczyła nam się treść reklamy i kojarzymy, że ten proszek jest chyba niezły. Kto więc szuka u siebie efektów manipulacji rodem z hipnozy, nic dziwnego, że uważa się za odpornego na reklamy.

Wracając do meritum, nie ma sytuacji, w której możemy kontrolować wszystkie bodźce, które na nas działają, w związku z tym nie ma opinii doskonale obiektywnych, chyba, że mówimy o zestawieniu laboratoryjnych pomiarów, bez komentarza. Nasz organizm również ma wpływ na nasze odczucia. Przykład? Okazuje się, że gdy pracują mięśnie odpowiedzialne za uśmiech, oceniamy rzeczy jako śmieszniejsze, nawet jeżeli powód napięcia tych mięśni nie ma z uśmiechem nic wspólnego. Udowodnił to w swoim badaniu Fritz Strack, dając badanym ołówek do trzymania bądź w zębach, co symulowało pracę mięśni podczas uśmiechu, bądź w ustach, co symulowało smutną minę. Badani oceniali obrazki jako śmieszniejsze w pierwszym przypadku. Efekt nazywa się Hipotezą mimicznego sprzężenia zwrotnego. Podobnie działa np. podniesienie tętna - łatwiej zakochać się przekraczając mostem linowym wielką przepaść, bo bodźce po spotkaniu dziewczyny po drugiej stronie będą przez nas mylnie interpretowane. Z tego względu nie dam się przekonać, że istnieją warunki idealne, w których nasze sądy są niezachwiane.

Wydanie pieniędzy na recenzowany sprzęt może być przeszkodą na drodze do obiektywności

Pozostaje więc kwestia wyeliminowania tych wpływów najbardziej oczywistych, jaskrawych i tych, których da się uniknąć. Jak się okazuje, wyłożenie konkretnej kwoty na zakup przedmiotu jak najbardziej może być takim oczywistym wpływem na zasadzie dysonansu poznawczego. Zasada jest prosta - wydałem kasę na sprzęt, a więc uważam, że był tego warty. Siłą rzeczy, aby zmniejszyć dysonans miedzy swoją opinią a rzeczywistością będę umniejszał jego wady, upewniając się, że dokonałem słusznego wyboru, że nie wywaliłem pochopnie pieniędzy w błoto.

Oczywiście, jeśli pomyliłem się tak bardzo, że już na dzień dobry uważam, że pieniądze wyrzuciłem, to zamiast redukować dysonans wyleję złość na producenta, nie zostawiając na nim suchej nitki, ale to sytuacja skrajana - jak często kupujemy produkt, który w ogóle nie przystaje do naszego wyobrażenia o nim? Nie twierdzę też, że na każdego dysonans poznawczy musi działać równie mocno w konkretnym przypadku recenzji na potrzeby sieci. Po to był ten cały wstęp o subtelności działania różnych efektów. Sam z resztą często recenzuję to co zakupiłem, chociaż zdarza mi się zauważać, że patrzę na niego jakby łaskawszym okiem.

Skoro oceniamy czyjąś obiektywność, unikajmy zbytnich uproszczeń

Nie ma tutaj prostej zależności przyczynowo skutkowej - kupiłem to ocenię lepiej lub gorzej. Pokazuję jedynie, że zakup sprzętu do recenzji za własne pieniądze może być zarówno przyczynkiem do obiektywnej recenzji jak i wręcz przeciwnie, zależnie od sytuacji. Tak jak wszystko inne. Wypożyczenie sprzętu do testów z jednej strony powoduje, że można bez skrępowania opisać coś, co i tak nie jest i nie będzie nasze, a więc będzie wolne od dysonansu poznawczego. Z drugiej strony może pojawić się chęć utrzymania dobrych stosunków z producentem wypożyczającym sprzęt. I wiesz co, może pojawić się jeszcze tysiąc innych, mniej lu bardziej silnych czynników wpływających na opinię recenzenta. Takie życie. Stąd zbywam śmiechem dyskusje o tym, że skoro ktoś recenzuje nie swój sprzęt to jest nieobiektywny i wiele innych podobnych przykładów.

Co nie znaczy, ze wszyscy są równe obiektywni, bo nie są. Jedni już na wstępie postanowili, że chcą utrzymywać najlepsze relacje za wszelką cenę z producentami, w nadziei na specjalne traktowanie. Inni łatwiej podają się wpływom i naciskom niż pozostali i nie umieją bronić własnego zdania. Tylko, że nie ma prostej reguły, która pozwala odsiewać ziarna od plew. There is no silver bullet. Nie da się przyjąć prostej zasady, że jak ktoś recenzuje nie swój sprzęt to jest mniej wiarygodny od tego, który recenzuje własność prywatną. Autora tekstu trzeba poznać, żeby móc ocenić jego wiarygodność, tak jak na forach trzeba poznać forumowiczów, żeby wiedzieć z czyim zdaniem trzeba się szczególnie liczyć. Wymaga to czasu i wysiłku, ale nie ma drogi na skróty.

Jestem gorącym zwolennikiem subiektywnych opinii, które sam najbardziej cenię, bardziej niż obiektywne dane laboratoryjne, tyle, że muszą to być opinie sprawdzonych ludzi. Takich, którym ufam i wiem, że ich spojrzenie na kluczowe dla mnie sprawy jest kompatybilne z moim. Jak znajdę taką osobę w tematyce, która mnie interesuje, to idę za nią jak w dym, dopóki nie zawiedzie mojego zaufania, bo nie znam lepszego wyjścia. Czasami na opinie konkretnych osób trzeba nałożyć delikatny filtr, który koryguje drobne skrzywienia, niekompatybilne z moimi ocenami, ale są to osobiste preferencje i nijak nie ujmuje to szczerości danej opinii. Wbrew wrażeniu jakie można odnieść po niektórych komentarzach w sieci, takich szczerych opinii w sieci jest całkiem sporo, tyle, że trzeba je samodzielnie odszukać. Wiem jednak, że nie pokategoryzowałbym tych osób według tego z jakimi firmami współpracują, czy kupują czy dostają. To by było zbytne uproszczenie, ze szkodą dla mnie samego, których tych opinii szukam i potrzebuję. Skoro sam szukam ludzi którym mogę ufać, sam zrobiłbym sobie krzywdę przekreślając uczciwego człowieka tylko dlatego, że ma reklamy i dostał sprzęt do recenzji.

Mam również nadzieję, że każdy kto ma głowę na karku i pisze w sieci, rozumie, że sprzedawanie swojej opinii i wiarygodności, to bardzo krótkowzroczne podejście, które w perspektywie czasu nie może się opłacić, nie pozwoli zbudować lojalnej grupy odbiorców treści. Zaufanie buduje się trudno i traci bardzo łatwo. W przypadku marek często łatwiej wprowadzić produkt pod nową marką i wypromować go od zera, niż uratować markę, do której klienci stracili zaufanie. Tyle, że pisanie pod własnym nazwiskiem wyklucza rebranding. Pozostaje więc zmiana branży. Chyba, że ktoś nastawia się na przejezdnych i turystów, którzy wpadają tylko raz...

Artykuł pochodzi z prywatnego bloga Jana Rybczyńskiego, na którym autor publikuje równolegle do AntyWeb.pl.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

felieton