15

Jak Marvel zbudował swoje filmowe uniwersum?

W połowie minionej dekady Avi Arad, szef przedsięwzięć filmowych Marvela, wpadł na pomysł: może weźmiemy kredyt na pół miliarda dolarów i zaczniemy produkować filmy samodzielnie? Był tylko jeden problem: nie miał praw do wykorzystania najważniejszych superbohaterów na srebrnym ekranie.

Jego młody zastępca, producent z wykształceniem artystycznym, Kevin Feige, wiedział, że pewnie byłoby łatwiej, gdyby wcześniej jego szef nie porozdawał licencji na wykorzystanie najlepszych bohaterów Marvela różnym wytwórniom filmowym: 20th Century Fox miało X-Men i Fantastyczną Czwórkę, Sony i Columbia Spider-Mana i Hulka, New Line Cinema Irona Mana i Blade’a.

Arad doprowadził do sytuacji, w której wiele wytwórni kontrolowało większość bohaterów Marvela, tworząc coraz gorsze obrazy i płacąc z tytułu licencji coraz mniej pieniędzy. Dlatego podjął decyzję o wzięciu kredytu na pół miliarda dolarów i wykorzystaniu tej własności intelektualnej, którą może swobodnie dysponować, aby zbudować własne kinowe uniwersum (w międzyczasie New Line zrezygnował z praw do ekranizacji Iron Mana, a Columbia oddała Hulka w zamian za prawa do dystrybucji przyszłych produkcji).

Mając na stole komplet komiksowych postaci do wykorzystania, Kevin Feige przedstawił swoją wizję: zrobimy kilka filmów z mniej popularnymi bohaterami, ale po to, żeby w końcu połączyć ich w “The Avengers”. Nawet jeśli mniej osób będzie chciało obejrzeć solowe przygody Thora czy Kapitana Ameryki, to większość przyjdzie po to, aby zobaczyć ich na ekranie razem.

Avi Arad nie poczuł tego. I odszedł. A Kevin Feige, który zajął jego miejsce. Zwołał właściwych ludzi, narzucił tempo. W 11 lat wyprodukował 21 filmów, tworząc najbardziej dochodową serię kinową w historii. Po drodze jego Marvel Studios stało się częścią konglomeratu Disneya i odzyskało prawa do Spider-Mana, X-Men, Deadpoola i wielu innych bohaterów. Thanos jednym pstryknięciem wyparował połowę ludzkości, a teraz “The Avengers” na pewno ich pomszczą i przywrócą do życia. Albo w odwrotnej kolejności.

Czy ten sukces to wyłącznie zasługa pieniędzy? Największy konkurent Marvel Studios, czyli DC Comics w partnerstwie z Warner Brothers, również ma górę pieniędzy, a mimo to przez dekadę produkowało żenująco złe filmy o swoich superbohaterach. Czemu? Bo jeżeli brakuje konkretnej wizji, jeżeli podejmuje się złe decyzje twórcze, nie potrafi właściwie wykorzystać talentu artystycznego, który ma się do swojej dyspozycji i stale zmienia wizję, to żadne pieniądze świata nie zagwarantują sukcesu – ani artystycznego, ani komercyjnego.

A Marvel był w stanie osiągnąć jedno i drugie na niespotykaną wcześniej skalę. Oto kilka składowych jego sukcesu na moment przed premierą najważniejszego filmu z jego Uniwersum.

Kevin Feige

Po pierwsze, na pewno właściwy człowiek na właściwym miejscu, czyli wspomniany Kevin Feige. Jak często w przemyśle rozrywkowym pojawia się zarzut, że za taśmowo produkowanymi grami, filmami, serialami, muzyką, stoją bezduszni korporacyjni dyrektorzy, bez krzty wyczucia artystycznego? Kevin Feige jest ich przeciwieństwem. Jest po szkole filmowej, kocha komiksy i superbohaterów Marvela od dziecka i cechuje go wrażliwość nerda, tzn. autentycznie jara się tymi postaciami i ich historiami. Dlatego szanują go i fani, i twórcy komiksów i filmów, i szychy z Disneya, które dają mu wystarczająco swobody, by robił dobrą robotę.

Shared universe

Zanim ktoś posądzi mnie o to, że nadużywam angielskiego, spróbuję to z wysiłkiem przetłumaczyć: współdzielony świat przedstawiony. To jest, dyskusyjnie, najważniejsza składowa sukcesu Marvela – to, że wszystkie ich filmy dzieją się w jednym Uniwersum, wydarzenia są ze sobą powiązane, a bohaterowie częściej bądź rzadziej na siebie natrafiają.

Przedtem nikt tego nie zrobił w taki sposób. A Feige miał doskonałą intuicję i całościową wizję. Wiedział, że mając do dyspozycji mniej atrakcyjnych dla szerokiej publiczności superbohaterów, trzeba robić tzw. crossovery i duże wydarzenia – zupełnie jak robią to komiksy.

Ludzi mało interesuje Black Widow, Nick Fury czy Falcon, ale chętnie zobaczą ich w filmach o Iron Manie czy Kapitanie Ameryce. Nie pójdą może tłumami na samodzielny film o Ant-Manie czy Dr Strange, ale kiedy zobaczą ich w jednym kadrze ekranie z Kapitanem Ameryką czy Iron Manem, zacznie robić się ciekawie. Dlatego Feige dobrał swoje karty tak, aby na koniec każdej fazy solowych filmów superbohaterskich móc rozegrać pokera, czyli zebrać ich wszystkich w kolejnych częściach “The Avengers”.

I nie pomylił się, bo w ten sposób mniej ciekawi bohaterowie wybijają się dzięki dynamicznej relacji z innymi, a filmy ze znaczkiem “The Avengers”  stanowią czołówkę najbardziej dochodowych filmów Marvela. (1,5 miliarda dolarów w Box Office w 2012 r. za pierwszą część i 2 miliardy w zeszłym roku za trzecią; “Endgame” może to przebić).

Równowaga między wizją a swobodą twórczą

Jednocześnie, ta tkanka wiążąca nie jest aż tak widoczna. To raczej delikatna niteczka, która przeplata wszystkie filmy, jednej bardziej, inne mniej. Jak mówi sam Feige, każdy film musi bronić się jako samodzielne dzieło, miał swój unikalny ton i świeżą wizję, a to że łączy się z innymi, jest tylko miły dodatkiem.

I tu wchodzi to, co ja nazywam “złotą formułą” Marvela. Feige i jego ludzie z Marvel Studios mają generalną wizję – pełny obraz w postaci “The Avengers”  oraz jego elementy, okruszki, które trzeba porozrzucać w poszczególnych filmach.

A to Nick Fury musi zaprosić Iron Mana do “The Avengers” i wtedy też ma zadebiutować Black Widow. A to Hawkeye ma błysnąć na moment w “Thorze”, czy gdzieś w liniach fabularnych na moment muszą błysnąć Infinity Stones, które następnie trafią do rękawicy Thanosa.

Ale już to o czym będzie sam film, jaki będzie jego ton, jak zaprezentowany zostanie bohater – o tym już decydują właściwi twórcy, czyli scenarzyści i reżyserzy, którzy mają wnieść do tej układanki swoją wizję. To niezwykle ważne, dlatego jak mówi Feige:

“Nie musisz być wielkim reżyserem, który zrobił blockbuster stulecia, aby zrobić z nami blockbuster stulecia. Wystarczy, że zrobiłeś jeden nieprzeciętnie dobry obraz”

Tak było z Jamesem Gunnem, któremu powierzono “Guardians of the Galaxy”. Tak było z Jonem Fevreu, który w ogóle zaczął tę serię od “Iron Mana”. Scottem Derricksonem, który stworzył własną wizję Dr Strange’a, prezentując concept arty i storyboardy komisji Feige’a. Szalonym Taiką Waititim, który tchnął w “Thora” nowe (lepsze) życie.

I wreszcie moimi ulubionymi twórcami, czyli braćmi Russo, którzy zaprezentowali 30-stronicowy dokument ze szczegółami swojej wizji a potem zrobili film tak znakomity, że Feige powierzył im dwa najważniejsze obrazy, czyli “The Avengers: Infinity War” i “The Avengers: Endgame”.

Więc “złota formuła” Marvela w tym wypadku oznacza: wiemy, co generalnie chcemy powiedzieć. Ale jak to powiemy – o tym zadecyduje już reżyser, któremu pozostawiamy swobodę twórczą. Jedyne czego od niego oczekujemy, to zrozumienia naszych postaci i rozrzucenia tych “okruszków”, które pozwolą nam opowiedzieć większą historię.

Kompletnie zapomniało o tym takie DC Comics, które uznało, że można stworzyć powiązane Uniwersum właśnie pstryknięciem palcami i stworzyć swoje własne “The Avengers” w 2 lata. Otóż nie. To pozbawiły filmy fabuły i serca, bo to, co u Marvela stanowi delikatną nitkę, u DC przyjęło postać grubej liny marynarskiej, pozbawiając postaci życia a historie sensu.

Rytm i regularność

Ale, wracając do Marvela i jego sukcesu. Skoro ma się tak ambitne plany i tak wiele postaci w zanadrzu, znaczenie ma także rytm i regularność, czyli przemyślany kalendarz produkcji i premier.

Filmy z Uniwersum Marvela ukazują się dość często, obecnie są to 3 tytuły rocznie, ale… nie nudzą, właśnie dzięki tej wspomnianej złotej formule. Każdy może znaleźć tonalnie coś dla siebie: jedne filmy są bardziej komediowe, inne bardziej sensacyjne, a jeszcze inne całkowicie odlotowe. To sprawia, że nawet jeśli jakiś film poradzi sobie gorzej finansowo, to kompensuje to inna produkcja, na którą przyjdzie nieco inna publika.

Postaci zawsze w centrum historii

I ostatni, najbardziej magiczny składnik: superbohaterowie. Gdyby nie te postaci z amerykańskiego panteonu bogów, którym formy nadał Stan Lee, w ogóle nie mówilibyśmy, że to Marvel. W przeszłości wiele innych wytwórni dysponujących licencjami zwyczajnie bezcześciło te popkulturowe ikony. Samo Marvel Studios jak dotąd nie popełniło tego błędu. Każdy bohater i każda bohaterka obsadzana jest bezbłędnie. Tylko nie po to, żeby jak w filmach DC być twarzą doklejoną do efektów CGI i marketingu wokół obrazu, tylko rzeczywiście tchnąć życie w swoją postać, która pozostaje centralnym elementem każdego obrazu.

A dzięki temu, że jest to całe kinowe uniwersum, to bohaterowie mają przestrzeń, by ewoluować. Widać, że twórcy mają dla nich jakiś plan.

  • Iron Man zaczyna jako handlarz śmiercią, a kończy ogarnięty obsesją ochrony ludzkiego życia za wszelką cenę.
  • Kapitan Ameryka rodzi się jako amerykański mit militarnej nieomylności, a kończy jako zbieg przez władzami USA, bo wypowiedział mu posłuszeństwo.
  • Thor na początku drogi to mało rozgarnięty osiłek, potem mądry władca, który rezygnuje z korony, a na koniec złamany bóg, który nie ma już nic do stracenia i nosi w sobie poczucie winy, bo powinien był celować w głowę!

Z każdym kolejnym filmem spod znaku “The Avengers” wszystkie te postaci wydają się pełniejsze, ciekawsze. Noszą blizny, które widzimy i te, których nie widzimy. A jako, że stają naprzeciw najciekawszego arcyzłoczyńcy w historii Marvela, jakim jest Thanos, czuć, że gra toczy się o wysoką stawkę.

I to moja finałowa myśl. Największym atutem posiadania całego filmowego Uniwersum, które liczy 21 filmów jest to, że nie trzeba cały czas mówić tego samego, natomiast trzeba zacząć zaskakiwać widzów, aby nadal chcieli być jego częścią co zrobiło już “Infinity War”.

Dlatego “Endgame”, na który czekałem z takimi podekscytowaniem to z perspektywy Marvel Studios i nas – widzów, fanów, geeków – spijanie najsłodszej śmietanki. Kulminacja wszystkiego, co nastąpiło wcześniej. Emocjonalny zwrot z inwestycji, której dokonaliśmy my, aktorzy i Kevin Feige prowadząc ten statek we właściwym kierunku przez ostatnią dekadę.

Jeżeli interesuje Cię popkultura od środka, zapraszam Cię na mojego vloga Bez/Schematu i bloga WeTheCrowd.