366

Idziesz do sklepu po iPhone’a. A co tak naprawdę kupujesz?

Konsument na rynku jest racjonalny. Zawsze patrzy na cenę produktu i porównuje ją z jego możliwościami, jakością. Nigdy nie wydaje więcej, niż powinien, nie popada w długi. Brzmi jak finansowa utopia, zaprzeczenie "staropolskiej idei", jaką jest postawienie się przy okazji zastawienia się. Myślenie w takich kategoriach przy okazji telefonu Apple'a przypomina pogoń za własnym ogonem. Bo czy iPhone jest lepszy od reszty? Ładniejszy? Ciekawszy? Cholera, niestety nie.

Przyznam się Wam do czegoś. Kiedy otrzymałem od kuriera paczkę z iPhone’em byłem z siebie zadowolony jak nigdy, chociaż wiem, że kosztowało to sporo

Wydać pieniądze i żałować? To straszne uczucie. Takowe miałem niedawno, gdy kupiłem drugą parę słuchawek LG HBS-900, które rozwaliły się po 4 dniach. Co zrobiłem? Kupiłem inne od LG, za poleceniem kolegi Tomka Popielarczyka (niech Ci gwiazdka pomyślności, Tomku…). Teraz nie żałuję – obym nie musiał zmieniać swoje stanowisko. Jak było z iPhone’em? Pudełko. Proces rozpakowywania sprzętu – jak pierwszy pocałunek, i… ten tego. Ekscytacja, duma i wszystko, co się wokół tego kręci. To trochę niedorzeczne, że człowiek daje się ponieść emocjom z powodu głupiego kawałka elektroniki. Ale – nie różnię się pod tym względem od reszty. Są też tacy, którzy do rzeczy nie żywią emocji żadnych. Osłonię się tym, że technologie to moja pasja, a iPhone to swego rodzaju „Święty Graal”, dla niektórych tylko zabawka.

iphone

Dlaczego iPhone’a w ogóle kupiłem? Wyjaśniłem to szerzej w tekście, gdzie w duchu cieszyłem się z przesiadki na iOS z Windows 10 Mobile. Zła kondycja mobilnej platformy Microsoftu była tylko katalizatorem – od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem zmiany platformy. Sporo czytałem na ten temat wcześniej uwzględniając rachunek zysków i strat. Straty okazały się być minimalne. Nie straciłem dostępu do żadnej usługi, z której korzystałem. Zyskałem świetne repozytorium z aplikacjami, fajny sprzęt i porównywalny z Windows komfort użytkowania. Co straciłem? Sporo pieniędzy, ale suchego chleba nie jem.

Będzie „coming out”. Tak, dałem się ponieść „amazingowi”

Do pewnego czasu wychodziłem z założenia, że kupno iPhone’a to swego rodzaju ekstrawagancja. Że można taniej, prościej i bez sprzedawania nerki. Trochę przez zadowoloną z iPhone’a siostrę, trochę przez swój konsumpcjonizm postanowiłem, że spróbuję. Nie jestem wskazać choćby jednego racjonalnego argumentu, którym uzasadniłbym swój wybór – choćby w porównaniu do Androida. Przecież miałem do wyboru tyle świetnych flagowców z Androidem. Niesamowicie podobał mi się (i podoba) V10, którego kupiłbym teraz za część ceny 6S-ki. Miałbym świetny, dodatkowy ekran, genialny wygląd, topowe podzespoły i solidny aparat fotograficzny. Bo czy iPhone 6S jest jakkolwiek innowacyjny? W porównaniu do Note’a to rzeczywiście „zabaweczka”. Fajna, srebrna, z jabłuszkiem z tyłu. Ot, dodatki w postaci FaceTime’a (który działa po stokroć lepiej od koślawego Skype’a) i iMessage. Fajne przejścia między ekranami, Siri (która nie gada po polsku, ha), 3D Touch, który jest fajny, ale kupra nie urywa. Touch ID, które nie lubi moich spoconych od zasuwania po klawiaturze palców. Szkło na ekranie, które jak nie jest potłuczone, to mamy święto. 3 kafle. Za co? Za jabłko.

Nie mogę powiedzieć, że żałuję. Uwielbiam swojego iPhone’a za prostotę, aplikacje i to, że działa. Złośliwy powie jednak, że po przesiadce z Lumii cieszyłbym się nawet z pustaka podprowadzonego z pobliskiej cegielni. Chciałem amazingu? Dostałem amazing. Jakiś taki szary, wcale nie taki fajny i teraz – ledwo odczuwalny. Cieszę się jednak z tego, czego doświadczyłem, Moi Drodzy. Mam do tego dystans. A dystans sobie wyrobiłem przez doświadczenie.

iphone

Wiecie, ani ja, ani koledzy z Antywebu nie jesteśmy tylko awatarami – maszynami. Robimy głupie rzeczy, pijemy piwo, kupujemy z emocji, cieszymy się jak dzieci z „amazingu”

I właśnie dlatego nas czytacie. Emocje – te leją się z naszych tekstów hektolitrami – a przez to jesteśmy bardziej wiarygodni, ludzcy. A Was to kręci, bo komentujecie, kłócicie się. Jakby Wam dać broń, a dyskusje przenieść by do świata realnego, pewnie cała ekipa AW pędziłaby w popłochu za winkiel w obawie, że w walce ktoś wpadnie na pomysł, by dać nam serię po nogach.

Od naszych czytelników różnimy się tylko dwiema rzeczami. Po pierwsze – piszemy na AW i jesteśmy z tego dumni. Po drugie – może trochę bardziej jesteśmy na punkcie technologii zakręceni. Co nie zwalnia nas z chwil refleksji po tym, jak przepuścimy wypłatę na kolejny gadżet, a ten będzie niekoniecznie fajny, albo nie trafi w nasze gusta.

Patrzę teraz na swojego iPhone’a i przeliczam – ile miałbym za to średniej klasy rowerów, ile paczek fajek, ile imprez na rynku, ile wspaniałych prezentów dla moich siostrzeńców. Sporo. A wszystko to poszło na kawałek elektroniki.

Z jabłkiem z tyłu. To bardzo ważne przecież.