101

Internet to kompletny ściek i lepiej nie będzie – oto dlaczego

mapa świata
Z artykułu o youtuberze, który maluje się do szkoły dowiedziałem się, że męczą was żale blogerów, którzy jakby "dopiero co weszli do Internetu" i płaczą nad losem uciśnionych, którym każe się publicznie "zabić". Skąd mi się to wzięło? Zapewne z tego, że pamiętam swoje początki z Internetem, gdzie było lepiej. Niziny intelektualne kisiły się we własnym sosie, ale nie robiły tego w Sieci. W ogóle, cały Internet był sporo bardziej ambitny, niż teraz.

Miałem przyjemność należeć do „elity”

Kiedyś Internet nie był dobrem dla wszystkim, a ja – mimo, że byłem wtedy młodziutki – miałem stałe łącze w domu. Prawie półtorej dekady temu zagościł w moim rodzinnym domu Internet i było to dla wszystkich domowników ogromne novum. Tata mógł część swojej pracy oprzeć na komputerze, siostra darła utwory z Internetu za pomocą Kazaa, a ja przesiadywałem na forach internetowych, czy formujących się dopiero blogach. Dzięki temu w końcu trafiłem do Grzegorza Marczaka na ten „pierwotny Antyweb”, który dotyczył głównie startupów i zagadnienia Web 2.0. Wtedy jeszcze nie zastanawiałem się nad tym, że przyszło mi uczestniczyć w życiu mimo wszystko elitarnej grupy osób, które mają dostęp do Internetu. Penetracja stałych łącz wśród gospodarstw domowych była wtedy jeszcze niska, ale sukcesywnie się zwiększała wraz z tym, jak oferowano coraz lepsze warunki, obniżano ceny, znoszono limity transferowe. Dzisiaj mierzi nas już nawet limit danych u operatora komórkowego, oczekujemy coraz niższych cen i siłą rzeczy na dostęp do Sieci może sobie pozwolić dosłownie każdy.

internet

Każdy, czyli kto?

Dosłownie każdy. Internet stał się kompletną masówką. Według MobiRank penetracja Internetu w naszym kraju to 67 procent. Jak chodzi o zestawienie, to jesteśmy w środku stawki, ale i tak nie jest najgorzej. Powiem brutalniej – dzisiaj nawet Sebix z Karyną może mieć niezłego smartfona z dostępem do mobilnego Internetu. Mogą sobie swobodnie wrzucać „na fejsa” zdjęcia Brajanka i Dżesiki, tyrać liberałów na forach i publicznie się rozwodzić, mówiąc, że albo Sebix, albo Karyna to ostatni złamas. Wiecie, o co chodzi.

Tak, z tego względu, że Internet stał się dobrem podstawowym, masowym i stać na niego praktycznie wszystkich, którzy zarabiają pieniądze i mają na głupie piwo – obserwujemy to, co dzieje się obecnie. W czasach, gdy Internet w Polsce raczkował i dopiero się formował, byli trolle, ale byli oni szybko pacyfikowani przez społeczności i szli gdzie indziej (gdzie działo się to samo). Społeczność była nastawiona na jakość – również pod kątem kultury rozmów. Istniała netykieta, o której dzisiaj tylko hula wiatr, organizowało się akcje takie jak „Bykom stop”. Reagowano na to, że poziom Internetu ogółem spada, do slangu internetowego dorzucono określenie „Dziecko neo”. Działo się sporo przy okazji cyfrowej transformacji w Polsce i nieuchronnie zmierzaliśmy do tego, by Internet stał się ściekiem – tak, jak dzieje się to teraz.

I tak, Internet jest odbiciem wizerunku naszego społeczeństwa, tyle że jest to obdarte ze wszelkich moralnych hamulców. Człowiek, który by Ci w życiu na ulicy w twarz nie napluł, zrobi to w Internecie. Bo w głębi duszy jest to człowiek kompletnie zakompleksiony, nieszczęśliwy z zerowymi perspektywami na rozwój i bez pasji. Frustrację trudno jest wylać przecież w realu, podchodząc do kogoś na ulicy i waląc go w twarz. Internet daje się wykrzyczeć, pozwala na ekspresję nawet najgorszych możliwych ludzkich instynktów. Tam nikt nie zastanawia się nad konsekwencjami wyzywając rozmówcę, albo reagując na zdjęcie ładnej kobiety stwierdzeniem: „ale bym Cię zapiął” (to i tak łagodna forma). Możecie tego nie zauważać w kręgu własnych znajomych, nie chcę generalizować. Ale uwierzcie mi, z Internetu korzysta sporo osób. Ja wolę otaczać się znajomymi, którzy jednak coś w baniaku mają i można z nimi naprawdę porozmawiać. I z Wami może być podobnie. Stwierdzicie przy tej okazji, że „blogerek” Antywebu znowu smaruje głupoty u Grześka Marczaka i dacie temu upust w komentarzach. Ale nawet, jeżeli nie znacie żadnego Sebixa, Karyny – musicie wiedzieć, że oni też mają dostęp do Internetu. I dobrze się w nim bawią.

A skoro doszliśmy już do tego, że Internet to masówka i dlatego jest tutaj tyle idiotycznego hejtu i prowokacji ze strony internautów, to co można w tym kierunku zrobić? Nic. Tak po prostu. Nie stworzymy internetowej policji, która będzie tępić tego typu zachowania. One były, dokonała się ich eskalacja, teraz są i na pewno będą. Walka z hejtem jest ryzykowna, bo ociera się o cenzurę i trudno stworzyć świetną definicję oddzielającą wolność słowa od nielubianej przez przeciwników politycznej poprawności (czyli mnie również) „mowy nienawiści”. To smutne, co teraz powiem. Ale z hejtem nie powalczymy akcjami społecznymi, sprzeciwem, policją, groźbą, prośbą. Sami zresztą dajemy im pożywkę odpowiadając na zaczepki. Powiem więcej – ja już na to niestety stałem się obojętny. Tyle razy dostałem „w puchę” w Sieci, że zwyczajnie mnie już nie przeraża to, że ktoś chce się „umówić z moją matką”, albo żałuje, że mnie nie wyskrobali. Mam to po prostu gdzieś i banuję. Piszę dla społeczności, która ma coś ciekawego do powiedzenia, choćbym miał dostać na twarz choćby najbardziej bolesną krytyką. Ale dla mnie od tego jest Internet.

I to smutne, co teraz powiem. Wszyscy musimy z hejtem żyć. Czy on się nam podoba, czy się nie podoba, czy go sami uprawiamy. Internet stał się dobrem masowym, ludzie szybko go pochwycili jako świetne narzędzie do spuszczenia powietrza z osobistego worka frustracji i niepowodzeń. Miejcie jednak poczucie, że jeżeli Wam się obrywa – napisał to człowiek, który jest cholernie w życiu nieszczęśliwy. Zwykły tchórz. Nikt ważny. Serio trzeba się tym przejmować?