Felietony

Internet mnie przerósł

MS
Maciej Sikorski

Fan nowych technologii, ale nie gadżeciarz. Zainte...

34

Do jakich wniosków można dojść, buszując późną nocą w Internecie? Ile osób, tyle odpowiedzi. Ja zdałem sobie wczoraj, a właściwie dzisiaj, sprawę z tego, że Sieć mnie przerasta. Właściwie już to zrobiła i sprawiła, że czuję się, jak dziecko we mgle. Najgorsze jest jednak to, iż tego problemu nie moż...

Do jakich wniosków można dojść, buszując późną nocą w Internecie? Ile osób, tyle odpowiedzi. Ja zdałem sobie wczoraj, a właściwie dzisiaj, sprawę z tego, że Sieć mnie przerasta. Właściwie już to zrobiła i sprawiła, że czuję się, jak dziecko we mgle. Najgorsze jest jednak to, iż tego problemu nie można ominąć albo zlekceważyć. Z tym trzeba się po prostu pogodzić.

Na czym polega wspomniany we wstępie problem? W wielkim skrócie można go chyba opisać jako zbyt szybki oraz intensywny napływ informacji w Sieci. Praktycznie każdego dnia jesteśmy nimi bombardowani. Tzw. "tradycyjne media" nie oddają istoty zagadnienia: gazeta ma ograniczoną liczbę stron, program radiowy czy telewizyjny też ma swoje ramy, w tym wypadku czasowe. Tego samego nie można powiedzieć o Internecie. To studnia bez dna, w której ląduje coraz więcej wiadomości. Pochodzą one z całego świata (a nawet z kosmosu), dotyczą milionów zagadnień i… wywołują poczucie winy. Przynajmniej u mnie.

Ludzki czas jest ograniczony i już kilkadziesiąt czy nawet kilkaset lat temu człowiek zdawał sobie sprawę z tego, że nie starczy mu owych kilku dekad życia na wchłonięcie danych dostępnych w formie książek czy obrazów, a potem też gazet, audycji, filmów, wykresów i tabel. Dla wielu było to pewnie frustrujące. Jednocześnie jednak ogrom informacji, których nigdy się nie pozna, nie uderzał aż tak po oczach. A wiadomo przecież, że czego te ostatnie nie widzą, tego sercu nie żal. Dzisiaj, za sprawa Internetu, różnego typu wiadomości same nas atakują i domagają się atencji.

Rozpoczynając kolejny dzień pracy zderzam się z pakietem informacji, które muszę przeczytać, ponieważ mogą być interesujące z zawodowego punktu widzenia. Czasem jest ich kilkanaście, czasem kilkadziesiąt. To jednak bilans z godzin, gdy spałem, a świat żył na drugiej półkuli. Kolejne godziny przyniosą nową partię doniesień i tym razem mogą one dotyczyć bliższej mi rzeczywistości (pod względem geograficznym, językowym, kulturowym). Trafiają się oczywiście takie dni, gdy następuje "informacyjna posucha". Wówczas można sięgnąć do starszych wiadomości, które zostawiło się "na potem". Niestety, czasu i tak wystarczy tylko na część z tych zakopanych kości.

Los jest kapryśny: gdy w środę przeżywa się branżową posuchę, to można być prawie pewnym, że za dzień czy dwa nastąpi jakiś armagedon: każda korporacja, firma i firemka postanowi tego dnia błysnąć, umrze ktoś znany, dojdzie do wielkiego przejęcia, pokazanych zostanie dziesięć przełomowych urządzeń i piętnaście rewolucyjnych technologii. Wówczas naprawdę nie wiadomo, której informacji poświęcić czas w pierwszej kolejności, którą zachomikować, którą odpuścić – migrena i tak jest gwarantowana. A to tylko branżowe wiadomości.

Warto czasem wyjrzeć poza świat nowych technologii, by nie stracić kontaktu z otaczająca nas rzeczywistością. Mnie przychodzi to bardzo łatwo, ponieważ szybko nudzę się jednym miejscem czy tematem. Potrafię przerwać w połowie pisane zdanie, by znaleźć sobie rozrywkę z innej beczki na pięć minut czy kwadrans. Czasem na pół dnia lub nocy. Mogłoby się wydawać, że taka ucieczka odpręża i ułatwia pacę, gdy np. pisanie nie idzie. Wielu osobom pewnie to pomaga, ale mnie chyba bardziej szkodzi - klasyczny przykład, że co za dużo...

Jestem typem człowieka, którego może zainteresować wszystko. Największą wadą takiego podejścia jest fakt, iż nie mogę się pochwalić olbrzymią wiedzą w jednej konkretnej dziedzinie. Pisząc krotko: specjalista od wszystkiego, czyli od niczego. Czasem nad tym ubolewam i robię sobie wyrzuty, ale trudno przezwyciężyć ową słabość. Zresztą, może to nie jest słabość – wszystko zależy przecież od punktu widzenia. Ocenę odstawmy jednak na bok – efekt mojej przypadłości jest taki, że znajdę sobie zajęcie w bardzo wielu segmentach Sieci. Czym odznacza się każdy z nich? Wielkimi, nieprzebytymi wręcz zasobami informacji.

Początkowo bardzo mnie to cieszyło: mogę szybko sprawdzić, kto dostał najwięcej Oskarów w swojej karierze, jak tworzono amerykański program lotów kosmicznych, jak przebiegały krucjaty, dlaczego pandy słabo się rozmnażają, kto pokonał na ringu Muhammada Ali albo ilu mężów miała Elizabeth Taylor. Wszystkie odpowiedzi na wyciągniecie ręki. I to w różnych formach – mogę poczytać, posłuchać, obejrzeć film. Skarbnica wiedzy. Problem polega na tym, że czasem wpada się w prawdziwy labirynt informacyjny – zdobycie jednej, zachęca do znalezienia kolejnej. Nierzadko na temat, który przed momentem został zasugerowany w ten czy inny sposób. Ali został pokonany przez Fraziera? Ok, ale kim był Frazier? To samo nakręcająca się spirala, z którą po prostu nie można wygrać.

Można oczywiście wyjść z założenia, że problemy tego typu człowiek generuje na własne życzenie. Porada jest wówczas prosta: przestań szperać i zajmować się fanaberiami, to życie stanie się łatwiejsze. Załóżmy, iż tak właśnie zrobię – przestanę szukać odpowiedzi na pytania, które pojawiają się w umyśle i nie będę bombardował mózgu masą nieprzydatnych (umownie) danych. Nie oznacza to oczywiście całkowitego rozwodu z Internetem: po prostu wejdę na jakiś serwis informacyjny i przeczytam/obejrzę najważniejsze wiadomości, po czym szybko go opucszczę. Tu jednak pojawia się inny problem: które wiadomości są najważniejsze?

Przecież każda strona dostarczająca informacje ze świata przypomina kulę śnieżną, która szybko zagarnia nowy materiał i rośnie. Wybiorę informację A z komentarzem pana X, ale już odpuszczę sobie informację B z komentarzem pani Y. Chociaż z drugiej strony – może warto postąpić inaczej? Może bardziej wartościowy okaże się ten drugi pakiet? Wszystkiego przyswoić nie zdołam – nie wystarczy mi czasu, sił, szarych komórek i/albo nerwów. Ale w jaki sposób dokonać selekcji? Którą informację uznać za najbardziej wartościową i przydatną? Czasem bywa i tak, że treści, uznawane za wartościowe, nie są wcale przydatne. I na odwrót. Jak w takich warunkach wybrać jedne i odrzucić inne?

Jasne, że można tego dokonać. Ba, to konieczny krok. Jeśli się go nie wykona, to człowiek całymi dniami będzie siedział wpatrzony w monitor i całkowicie zmarnuje swój czas. Niestety, dokonanie wyboru jest pozornym zwycięstwem - także i w tym przypadku pojawia się poczucie klęski i wyrzuty sumienia (wszak dla wyboru A poświęciło się B), ale tego się raczej nie przeskoczy. Tymczasem poza Siecią również toczy się życie (dla niektórych to pewnie szok), w którym czekają ludzie, miejsca, książki, filmy, potrawy, trunki i masa innych rzeczy - także i tu trzeba wybierać. Na szczęście, w "realu" propozycje nie są skumulowane w jednym miejscu. Dzięki temu poczucie winy wynikające z "przymusu decyzyjnego" jest mniejsze.

Internet mnie przerósł i przytłoczył. To zbyt duży twór - nawet na całą ludzkość. O jednym człowieku nie ma nawet sensu wspominać. Z jednej strony, fakt, iż ten "organizm" będzie się rozrastał i treści zaczną w nim generować kolejne miliony ludzi (oraz maszyn), może cieszyć, fascynować i sprawiać satysfakcję: oto po kilku tysiącach lat rozwoju człowiek powołał do życia coś, czego sam nie jest w stanie zrozumieć. Z drugiej strony, ta wizja niepokoi, smuci, a nierzadko nawet przeraża. Jak już pisałem, tego nie można ani przeskoczyć ani zlekceważyć – z tym trzeba żyć.

Źródło grafiki: freshnewtracks.com

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

Internetmediainformacje