8

Nowa moda w sieci. Udają, że współpracują z markami by wszystkich oszukać

W sieci co chwila trafiamy na materiały przy współpracy z firmami - tak to działa. Jedne są lepsze, drugie gorsze. Ale co jeśli powiem Wam, że pewnie sami widzieliście oznaczone materiały sponsorowane, które ze współpracą nie mają nic wspólnego a ich jedynym celem jest okłamanie nas wszystkich?

Instagram to specyficzne miejsce. Jedni mówię na niego “królestwo próżności”, inni “udawane życie”. Serwis z miejsca, w którym umieszczano praktycznie tylko zdjęcia jedzenia przeszedł długą drogę stając się słupem ogłoszeniowym. “Jak cudownie zacząć dzień od ciepłej bułeczki i serka XXX – z kodem ania123 macie zniżkę -15%”. Oczywiście treść opisu zmyśliłem, jednak pokrywa się ona z wieloma tekstami, które widzę na popularnych profilach sieciowych influencerów.ed

Do tego oczywiście cała masa tagów, w tym nazwa firmy, nazwa seria i kilka hasłem, które pozwolą zapozycjonować się wpisowi na popularnych zakładkach z tagami. Dla wielu osób to codzienna praca, a przy konkretnych zasięgach są w stanie zarobić równie konkretne pieniądze. Ludzie to oglądają – nie wiem czy kupują – jednak agencji odpowiedzialnej za firmę zgadzają się cyferki w tabelce Excela, więc wszyscy są zadowoleni. Ktoś tam pomarudzi w komentarzach, ale ostatecznie inni skorzystają ze zliczanego kodu zniżkowego, dlatego za miesiąc pojawi się kolejna wspólna akcja. Potem podpatrzy ją inna firma i zaproponuje współpracę, ewentualnie influencer sam zasypie przyszłego klienta ofertami wspólnych działań.

Okazuje się jednak, że przyszli instagramowi milionerzy idą krok dalej i sami tworzą swoją markę oszukując zarówno potencjalnych klientów, którzy mogą zdecydować się na wspólną akcję, jak i śledzących ich użytkowników usługi.

Podobno z pierwszym “dealem” jest tak samo trudno jak z pierwszą pracą. Przyrównajmy to więc do studenta kończącego naukę, który ląduje na rynku pracy bez jakiegokolwiek doświadczenia – razem z tysiącami podobnych sobie. Oczywiście czasy się zmieniły i to podobno dziś pracodawca zabiega o pracownika jednak jeszcze kilka lat temu kończąc UMK znajomi mówili “brawo, zasiliłeś największą grupę w Polsce – bezrobotnych absolwentów”. Mamy więc tego aspirującego do wielkich kampanii influencera, który ma już konkretne zasięgi, ale nie interesuje się nim żadna marka, która mogłaby zapłacić za promowanie produktu. No bo patrzą na ten jego/jej profil i nie widzą wspólnych akcji z firmami – nie mają więc pewności, czy można takiemu profilowi zaufać, no bo skoro nie robił jeszcze nic komercyjnie, to może nikt nie chce z nim współpracować. I tu do gry wchodzi wyobraźnia właściciela konta na Insta, który symuluje współpracę by zainteresować sobą firmy. Kupuje więc produkt za własne pieniądze, tworzy wpis, który na kilometr pachnie sponsorakiem, wrzuca ładne zdjęcia, jak bardziej doświadczeni koledzy i koleżanki dodaje typowo sponsorowane tagi i czeka. Sponsorowaną treść widzą zarówno firmy, jak i obserwujący. No sprzedał się jak nic – sęk w tym, że nie sprzedał się nawet za przysłowiowy uśmiech, bo to nie współpraca, a jedynie jeden wielki fake. Jak to mówią w Ju es end Ej – “fake it until You make it”.

To oczywiście nie jedyny pomysł na jaki wpadają aspirujące rekiny biznesu. “Podrabiane” są również wyjazdy prasowe. Ktoś na przykład kupił za własne pieniądze wycieczkę do Miami i w sumie to nic nadzwyczajnego, bo przecież jak kogoś stać, to czemu ma nie odpocząć? Sęk w tym, że zdjęcia z wyjazdu były tak opisywane i oznaczane, by wszyscy uwierzyli, że to wyjazd prasowy z marką. “Bardzo dziękuję restauracji XXX za gościnność” – tak zostało opisane jedno ze zdjęć.

Oczywiście całkiem nieźle korzystają na tym same marki – powiedzmy, że płacą jakąś kwotę za promocję swojego produktu na Instagramie i ponoszą koszt za jeden wpis, choć pewnie chciałyby za te same pieniądze kilka, co zwiększyłoby zasięg. No to dostają w bonusie po kilka wpisów od jednego influencera, produkt niesie się po sieci, a firma nie zapłaciła za to nic. W sumie sytuacja win-win. Tylko ten biedny obserwujący sam już nie wie co jest sponsorowane, a co nie. Bo o ile oszukiwanie w postaci nieoznaczania materiałów przy współpracy jest niestety naturalne i często spotykane, to udawanie że coś jest sponsorakiem kiedy faktycznie nim nie jest, potrafi nieźle namieszać. Podobno najgorzej jest w branży modowej, gdzie influencerzy tak się rozpędzili, że oznaczają wszystko, łącznie z ciuchami kupionymi za własne pieniądze. I w sumie nie wiadomo czy ktoś dostał pieniądze by pozytywnie wypowiadać się o produkcie, czy pozytywnie wypowiada się o produkcie by dostać pieniądze.

Do tego dochodzi oczywiście jeszcze aspekt społecznościowy, który szczególnie wśród młodszych osób trudno pominąć. Nastoletni użytkownicy wciąż mocno siedzą w tak zwanych socialach, co buduje ich społeczny status. Powiedzmy, że jakaś młoda dziewczyna nawrzuca zdjęć swoich nowych kosmetyków czy ubrań, poudaje że to materiały sponsorowane za które dostała albo pieniądze, albo wynagrodzenie w postaci tych właśnie produktów. Wśród znajomych (i nieznajomych w sieci) wychodzi na fajniejszą, bo dostała coś za darmo zamiast za to płacić. Brzmi niedorzecznie, ale tak niestety to wygląda. A potem się to wszystko samo nakręca, bo kolejni aspirujący influencerzy obserwują tych oszukujących i robią to samo by być tak samo “fajnymi”.

Wspomniałem o tym, że firmy są zadowolone z takiego stanu rzeczy, bo mają darmową promocję. Otóż nie wszystkie. Są producenci, którzy “reklamują się” jedynie na dużych, poważnych kontach na Instagramie i nigdy nie bawiły się w tak zwaną drobnicę. Dla nich takie fejkowe reklamy są nie po drodze, bowiem wyglądają na firmę, która idzie po linii najmniejszego oporu chcąc wcisnąć swój produkt gdziekolwiek i komukolwiek. Trzeba też pamiętać, że akcje partnerskie są przez firmy akceptowane, zarówno wpisy jak i zdjęcia muszą więc spełniać jakieś ustalone przez nią standardy. Skoro marka nie ma nad fejkowymi reklamówkami kontroli, to nie jest w stanie wpłynąć w żaden sposób na ich jakość i ostateczny wygląd.

Część z Was omija Instagram szerokim łukiem i kompletnie się temu nie dziwię. Jednak nawet w polskiej wersji serwisu jest masa influencerów, których obserwują dziesiątki, a nawet setki tysięcy osób. Chcemy tego czy nie, to prężnie działające narzędzie promocji i nawet jeśli Wy nie stajecie się jego odbiorcami, ktoś siedzący obok w pracy czy tramwaju takim odbiorcą już jest. Dobrze więc mieć świadomość do jakich absurdalnych sytuacji tam dochodzi. Chociażby po to żeby utwierdzić się w przekonaniu jak ta cała branża działa.

grafika

źródło