48

A co jeśli najnowsza trylogia Gwiezdnych Wojen nie jest po prostu dla nas?

Jestem świeżo po seansie Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie. Złe wrażenie po ostatnim Jedi zostało zatarte, ale nie uznam ostatniej części sagi za jeden z najlepszych “odcinków”. Cały czas zastanawiam się dlaczego i chyba już wiem.

Kultowość środkowej trylogii Gwiezdnych Wojen wynika moim zdaniem z kilku czynników. Filmy pokazały nam kiedyś niesamowite, wciągające uniwersum. Dodatkowo – jak na swoje czasy – dysponowały fantastycznymi efektami specjalnymi. Czy jednak były to obrazy wybitne? Absolutnie nie – w zasadzie wszystko, co sprawiło, że obrosły kultem, powstało w głowach fanów szukających ukrytych przekazów czy budujących całą otoczkę wokół opowieści. I już przez to zrobienie jakiejkolwiek nowej części oznaczało próby sięgnięcia niesamowicie wysoko postawionej poprzeczki. Jak zapewne pamiętacie kolejna trylogia rozminęła się z oczekiwaniami fanów, choć po latach bardzo przyjemnie mi się ją ogląda to pamiętam ogromne rozczarowanie jakie czułem po seansach Mrocznego Widma, Wojen Klonów czy Zemsty Sithów. Tylko kiedy szedłem na nie do kina byłem już dorosły, zupełnie inaczej niż podczas epizodów IV-VI.

Kiedy Disney przejął prawa do Star Wars cały świat złapał się za głowę. Ostatecznie w filmach nie pojawiła się Myszka Miki, a głównych bohaterów nie zagrały młode gwiazdki Disney’a z Miley Cyrus na czele. Dostaliśmy za to trzy filmy zrobione z takim rozmachem, że większość hollywoodzkich produkcji popłakało się gdzieś w kąciku. Niektóre spekulacje okazały się jednak trafne i ruszyła ogromna maszyna promocyjna, której jedynym celem było zarabianie na ludziach kasy. Zalanie rynku gadżetami z nowych Gwiezdnych Wojen całkowicie zabiło nieco “podziemne” koszulki które nosili zatwardziali fani uniwersum. Dziś założenie czapki czy bluzy ze Star Wars nie znaczy już nic, kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej – definiowało prawdziwego, oddanego fana. Teraz jest produktem jak każdy inny.

Oczekiwania wobec którejkolwiek z części nowej trylogii były absurdalnie ogromne. Nawet po kiepskim Ostatnim Jedi większość wciąż wierzyła że finałowa część – zamykająca przecież kilkadziesiąt lat kosmicznej opowieści – będzie inna. Wgniecie w kinowy fotel, zepnie wszystkie odsłony jedną sensowną klamrą, stanie się od razu kultowa. No cóż – tak się nie stało, finał wydaje się rozczarowujący. Ale sam film jest moim zdaniem dobry, dopracowany. Widać kapitalny rozmach poszczególnych scen, detale, świetnie mi się to oglądało na dużym ekranie. Czytam i słucham jednak opinii znajomych wkręconych w Star Wars i nie zostawiają oni na Skywalker. Odrodzenie suchej nitki.

Czy nowe filmy są bardziej dziurawe fabularnie niż stare? Niespecjalnie. Czy są bardziej naiwne? Też niezbyt. Mam wrażenie, że nie potrafimy patrzeć na jakiekolwiek nowe Star Warsy bez porównań z nieco zakłamanym obrazem środkowej trylogii. Czy raczej – nie potrafimy spojrzeć na epizody IV-VI rzetelnym okiem bojąc się obedrzeć je z absurdów i błędów. Tak bardzo zostały nam w głowie, tak bardzo uwierzyliśmy w ich wyjątkowość, że stały się świętością, której nikt nie może ruszyć.

Zastanawiacie się zapewne o co chodzi w tytule. Ponownie zabrałem do kina swojego syna, który nie wychował się na środkowej trylogii i poznawał poszczególne filmy w inny sposób niż ja – ale też w tym samym wieku co kiedyś ja. I na nim nowe odsłony zrobiły właśnie takie wrażenie jak na mnie środkowa trylogia. Wybadałem trochę temat i pokolenie dzisiejszych dzieciaków…bardzo lubi najnowsze odsłony. I tak mi coś zaświtało w głowie – a co jeśli VII-IX to filmy dla nich, a nie dla nas? Może ich głównym celem nie było zamykanie sagi o Skywalkerach tylko pokazanie uniwersum nowemu pokoleniu by zbudować w nich miłość do serii, a później kiedy dorosną doić z nich kasę, tak jak dojono ją przez lata z nas? Zagorzali fani uniwersum to przecież tylko pewna grupa osób, która obejrzy filmy i to nie oni są głównym motorem napędowym późniejszej sprzedaży gadżetów, które przynoszą firmie największe zyski. Szczególnie, że przecież z Gwiezdnych Wojen się wyrasta i dorośli miłośnicy sagi to tak naprawdę wkręcone nerdy i piwniczaki (bez obrazy, mówię też przecież o sobie).

Brzmi to trochę tak, jakbym usprawiedliwiał Disneya i jego filmy. Ale na moim seansie z dubbingiem, na napisach końcowych dzieciaki biły brawo, więc coś musi być na rzeczy. Może po prostu to był film dla nich, a nie dla mnie.