13

Gry Star Wars – historia wzlotów i upadków (4)

W naszej sentymentalnej wędrówce dotarliśmy do złotego wieku Jedi. Rozpoczął się nagle, trwał stosunkowo krótko, ale pozostawił po sobie najlepsze wspomnienia. Król w tym okresie nadszedł po cichu w 1993 roku i choć dziś niektórzy odmawiają mu prawa do korony, z pewnością przez pewien czas zasiadał na tronie, a jego panowanie zaliczyć należy do udanych! […]

W naszej sentymentalnej wędrówce dotarliśmy do złotego wieku Jedi. Rozpoczął się nagle, trwał stosunkowo krótko, ale pozostawił po sobie najlepsze wspomnienia. Król w tym okresie nadszedł po cichu w 1993 roku i choć dziś niektórzy odmawiają mu prawa do korony, z pewnością przez pewien czas zasiadał na tronie, a jego panowanie zaliczyć należy do udanych!

Król lew świata Gwiezdnych Wojen

W 1993 roku, tuż przed wydaniem opisywanego w zeszłym tygodniu interaktywnego filmu Rebel Assault, na scenę wkroczył X-Wing, który wraz ze swą kontynuacją – Tie Fighter – zasiadł na tronie. Ledwie to jednak zasugerowałem, moja opinia wzbudziła kontrowersje:

niedzielny • 7 dni temu: X-wing nigdy nie piastował „królewskiego tronu” gier ze świata SW. Średniej klasy gra, ze średnim budżetem. Wykonana przez zewnętrzne studnio.Po takim stwierdzeniu można poznać, czy ktoś pamięta te czasy rzeczywiście, czy tylko powiela miejskie legendy;)
VR • 6 dni temu: Piastował, piastował. Do czasu, aż wyszedł Tie-Fighter. Jak ktoś pisze, że nie piastował, to albo jego 286 nie mogło uciągnąć, albo nie miał karty muzycznej :-)

Sukces X-Winga miejską legendą decydowanie nie jest, a korona jak najbardziej zasłużona. Dlaczego? Z kilku prostych powodów, które z chęcią Wam wyłuszczę.

Gwiezdne wojny szturmem podbiły rynek elektronicznej rozrywki, a nową erę zapoczątkował kosmiczny symulator o nazwie X-Wing. (źródło)

Po pierwsze, X-Wing na stałe zapisał się w annałach historii gier komputerowych jako jeden z pionierów (obok Wing Commandera) ery symulatorów kosmicznych na PC.

Po drugie, co wiąże się z pierwszym, pamiętać należy (o czym młodsi komentatorzy mogą nie wiedzieć), że kiedyś świat Star Wars definiowały przede wszystkim tzw. dogfights, czyli pojedynki powietrzne (czy raczej w tym przypadku pojedynki w przestrzeni). Całe to Jedi „mumbo jumbo” z wywijaniem mieczem świetlnym i saltami rodem z chińskich filmów kung fu przyszło dopiero wraz z nową filmową trylogią. Jednym z najlepszych dowodów na poparcie tej tezy jest fakt, iż epizod I, The Phantom Menace, skrytykowany został przede wszystkim za potraktowany po macoszemu wątek walk w kosmosie, których było tyle co kot napłakał, w przeciwieństwie do sutych scen z gumowymi dziwadłami z podwodnej krainy przypominającej świat kucyków…

Po trzecie, nigdy wcześniej i nigdy później nie powstał symulator, który oferował graczowi nie tylko naprawdę sporą dozę wolności, ale i szerokie możliwości edytowania gry. Jak grzyby po deszczu zaczęły się bowiem pojawiać stworzone przez fanów edytory misji przeznaczone dla zwykłego zjadacza chleba. Nie było tu mowy o kodowaniu – programy w bardzo prosty sposób pozwalały każdemu (nawet dziecku!) na wprowadzenie własnych scenariuszy. Kiedy w 1998 roku po raz pierwszy otrzymałem dostęp do Internetu, natychmiast zacząłem projektować własne misje i wierzcie mi – nie byłem jedyną osoba, która całkowicie dała się porwać tej pasji.

Sama gra to kosmiczny symulator, który pozwala nam zasiąść za sterami nie tylko tytułowego X-Winga, ale i A-Winga, Y-Winga, a po publikacji dodatku również B-Winga. Tytuł składał się z misji w pełnym 3D i krótkich przerywników w formie malowanych, fotorealistycznych (jak na ówczesne czasy) animacji.

Akcja gry rozgrywa się w równolegle do pierwszej części filmu (Epizod IV: Nowa Nadzieja), kończąc się atakiem na pierwszą Gwiazdę Śmierci. Gracz wciela się w kadeta sił Rebeliantów, początkującego pilota myśliwców X-Wing, aby toczyć kosmiczne bitwy z siłami Imperialnymi. W grze wprowadzono nowatorski system treningów i bitew obowiązujący z niewielkimi zmianami w symulatorach Star Wars do dzisiaj. Po zakończeniu każdej misji zostajemy nagrodzeni W X-Wingu do dyspozycji mamy trzy statki: X-Wing, Y-Wing, A-Wing. Każdy z nich został wyjątkowo dobrze dopracowany, posiada charakterystyczne dla siebie uzbrojenie, szybkość i zwrotność, a także wytrzymałość na trafienia i uszkodzenia. Można sprawdzić swoje umiejętności w bazach treningowych, przeglądać filmy z walk, sprawdzać dane techniczne dotyczące podstawowych maszyn, a także walczyć w najróżniejszych misjach i bitwach, także historycznych. (źródło)

Co ciekawe, gra była jedną z pierwszych na świecie wykorzystujących „polygony” czyli grafiki wielokątowe w miejsce bitmap! Mieliśmy więc do czynienia z trybem FPS/TPS w 3D, jednak nie był to jeszcze czas akceleratorów graficznych. Siłą rzeczy obiekty nie miały więc tekstur i wyglądały jak modele z kartonu. Kiedy więc, drodzy młodzi Czytelnicy, spojrzycie na zrzuty ekranu, grafika może Was odrzucić. Wiedzcie jednak, iż grywalność tytułu była tak ogromna, że cudownie wręcz przekładała się na immersję. Wszyscy wsiąkaliśmy w akcję tak, że gdy nad naszym statkiem przelatywał wróg, odruchowo schylaliśmy głowy!

X-Wing: Space Combat Simulator był mocno dopracowany od strony wizualnej. Oszczędna, trójwymiarowa grafika nie robi dziś żadnego wrażenia, ale na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku prezentowała się efektownie. (źródło)

Co ciekawe, w każdym momencie rozgrywki można było włączyć nagrywanie interaktywnego filmu. Cóż to oznaczało w praktyce? Otóż po skończeniu misji można było ją odtworzyć, a interaktywność polegała na tym, że nie poprzestawaliśmy na biernym oglądaniu – mogliśmy bowiem w każdym momencie przełączać się między wszystkimi jednostkami dostępnymi na polu walki, włączając w to nawet wystrzeliwane torpedy protonowe!  Oczywiście wszystko w 3D i z możliwością dowolnego ustawienia kamery! Wielkie wrażenie robiła też muzyka, która tempem dostosowywała się do akcji!

 Dzięki X-Wingowi firma LucasArts wyprowadziła wirtualne adaptacje Gwiezdnych wojen na ścieżkę sukcesu, udowadniając, że gry z tej serii wcale nie muszą sprowadzać się od banalnych zręcznościówek. Doskonałą formę amerykańskie studio utrzymało przez kilka kolejnych lat, tworząc wiele interesujących produktów. X-Wing jest bez wątpienia w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o te najbardziej udane. (źródło)

Dwa lata po premierze ukazała się wersja CD, dodając czytane dialogi, muzykę czytaną już z kompaktu, nowe misje oraz poprawione i dodatkowe przerywniki. To nie ostatnia edycja, bowiem w 1998 roku pojawiło się jeszcze jedno wydanie (Star Wars: X-Wing Collector Series), tym razem z poprawioną grafiką. Ale o tym następnym razem. Tymczasem wróćmy do pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Sukces X-Winga sprawił, że machina Lucasa poszła za ciosem i już w 1994 roku pojawiła się kontynuacja symulatora znana jako Tie Fighter!

Niezwykłe jest to, że ów sequel nie był próbą odcinania kuponów, lecz znakomicie zrealizowaną grą, która przebiła swą poprzedniczkę! I choć również była to pozycja, która nie wykorzystywała jeszcze akceleratorów graficznych, jakość obrazu zostały poprawiona, a powierzchnie obiektów wzbogacono o cieniowanie Gourauda wprowadzające większe poczucie realizmu. Zmianie uległa też oczywiście strona konfliktu…

Tym razem zostajemy pilotem Imperium walczącym z niedobitkami sił rebelianckich. Do dyspozycji mamy dwukrotnie większą ilość statków niż w X-Wing, w dodatku takich jak TIE Fighter, TIE Bomber, TIE Interceptor, TIE Advanced, TIE Defender czy Assault Gunboat. Pojawia się także wiele nowych okrętów flagowych, transportowców i stacji kosmicznych. W grze mamy możliwość latania w misjach treningowych, historycznych lub całej kampanii, podzielonej na kilka etapów rozgrywających się w odrębnych systemach gwiezdnych. Na początku dostępne są cztery kampanie, a po ich ukończeniu zyskujemy dostęp do trzech dodatkowych. (źródło)

Oprawa Star Wars: TIE Fighter również robiła wrażenie, pomimo, że większość czasu gapimy się w czarną pustkę kosmosu. Wszelkie statki, pojazdy transportowe, bazy i inne latające sprzęty są bezproblemowo rozpoznawalne nawet z dużych odległości. Do dziś pamiętam moją radość, kiedy pierwszy raz zobaczyłem jednostkę przypominającą Sokoła Millenium Hana Solo. Wszelkie sekwencje filmowe też zostały znakomicie wykonane mimo sporych ograniczeń. Do tego dochodziło wspaniałe udźwiękowienie całej produkcji. Te strzały laserów, świsty przelatujących TIE Fighterów i wspaniała muzyka wprost z plików MIDI. Aż ma się ochotę jak najszybciej włączyć grę i chłonąć tę całą atmosferę raz jeszcze. Przyznam się bez bicia, że Star Wars: TIE Fighter to najlepsza gra z tego uniwersum, w jaką w życiu grałem. Zepsułem na niej dwie myszki i doprowadziłem do stanu agonalnego jednego pada przechodząc ją w kółko. Doskonała oprawa, bardzo ciekawe misje i niesamowity klimat to największe atuty tego tytułu. (źródło)

Gra przyjęta została niezwykle gorąco zarówno przez fanów, jak i krytyków!  Strategy Plus przyznało Tie Fighterowi tytuł „Best Game of the Year”. Produkcja trafiła też do galerii sław magazynu Gaming World. Z kolei GameSpot określił ją w 2004 roku jedną z najlepszych gier wszech czasów! I trzeba uczciwie powiedzieć, że wymieniłem tylko część wyróżnień. Dobra passa komputerowej wersji Gwiezdnych Wojen trwała i wydawało sie wówczas, że trwać będzie wiecznie. Niestety, wszyscy się przeliczyliśmy…

Ciąg dalszy nastąpi.
Niech Moc będzie z Wami!