47

Gry oprócz PEGI powinny mieć jeszcze inne oznaczenie – stopień uprzykrzenia graczom życia

Problem jest w zasadzie prosty. Kupując grę na pierwszy rzut oka widzę dla jakiego odbiorcy jest przeznaczona. Nie trudno sprawdzić, że gra zawiera wulgarny język i elementy przemocy, zatem jest dozwolona od lat 16. Nie zawsze jednak da się sprawdzić ile trudności spotka gracza, zanim uda mu się dany tytuł uruchomić. Owszem, często znajdziemy zapis […]

Problem jest w zasadzie prosty. Kupując grę na pierwszy rzut oka widzę dla jakiego odbiorcy jest przeznaczona. Nie trudno sprawdzić, że gra zawiera wulgarny język i elementy przemocy, zatem jest dozwolona od lat 16. Nie zawsze jednak da się sprawdzić ile trudności spotka gracza, zanim uda mu się dany tytuł uruchomić. Owszem, często znajdziemy zapis małym drukiem o konieczności posiadania podłączenia do internetu, żeby aktywować grę, ale to zdecydowanie nie wyczerpuje wszystkich możliwości. Przydałaby się informacja o limicie dostępnych aktywacji i innych tego rodzaju nieprzyjemnych niespodziankach.

Dwa tygodnie temu, korzystając z promocji zakupiłem na Steam grę Batman: Arkham City. Poprzednia część była całkiem niezła. Dawno w nic nie grałem, pomyślałem, że zaryzykuję (ryzyko to właściwe słowo) i kupię grę dużego wydawcy. Od dłuższego czasu staram się kupować większość gier na GOG lub poprzez Humble Indie Bundle, gwarantując sobie tym sposobem brak irytujących zabezpieczeń DRM. Dla gier ze Steam zdarza mi się robić wyjątki z dwóch powodów, wspomniane promocje czynią zakupy atrakcyjnymi finansowo, a zabezpieczenie DRM często jest równoważone przez zalety jakie oferuje Steam, w postaci automatycznych aktualizacji, synchronizowania save’ów pomiędzy komputerami i zapisywania ich w chmurze, dodając łatwą komunikację ze znajomymi poprzez wbudowany czat itd. Tym razem jednak nie do końca wiedziałem w co się pakuję.

Wczoraj po raz pierwszy od zakupu gry znalazłem godzinkę czasu przed snem, żeby grę uruchomić. Przezornie pobrałem ją wcześniej i naiwnie liczyłem, że czeka mnie godzina miłej rozrywki i relaksu. Najpierw okazało się, że gra musi doinstalować aż 5 dodatkowych elementów koniecznych do uruchomienia, między innymi Games for Windows Live. W tym momencie wiedziałem już, że łatwo nie będzie. Instalacja dodatkowych elementów zajęła kilkanaście minut.

Po uruchomieniu gry okazało się, że muszę się do Windows Live zalogować i również w nim aktywować grę podając klucz. Najpierw podaję login i hasło, potem klucz do gry. Jakiś geniusz wymyślił, że informację o błędnym wprowadzaniu loginu bądź hasła dostanę dopiero po wprowadzenia klucza do gry i dłuższym oczekiwaniu. Kolejne minuty przeleciały na ponownym wprowadzaniu loginu i hasła. W tym momencie zaznaczam, że umieszczanie jednego systemu do którego musimy się zalogować i aktywować grę kluczem wewnątrz innego systemu, do którego też muszę się zalogować i posiada własne zabezpieczenia jest karygodne. Skoro jestem zalogowany na Steam, po co mam aktywować grę w Windows Live? Mnożenie bytów daleko poza konieczne minimum, nawet uwzględniając prawa wydawców do zabezpieczenia swojej gry.

Na tym się oczywiście nie skończyło. Po aktywowaniu gry okazało się, że Windows Live musi się zaktualizować i nie mam innego wyjścia, inaczej moje save’y nie zostaną zapisane. Dodatkowo muszę ręcznie wyjść w tym celu z gry, która wyjątkowo długo się uruchamia i nie pozwala przerwać animacji wprowadzającej. Kolejne minuty minęły. Na grę zostało mi mniej niż pół godziny, strach myśleć co by było gdybym posiadał wolniejsze łącze internetowe.

Przy okazji aktywacji gry w Windows Live okazało się, że mogę ją aktywować na jeszcze 5 komputerach, z czego na tym, na którym jest obecnie zainstalowana mogę to zrobić 10 razy. Jest to pierwszy raz kiedy się o tym dowiaduję. Możecie wejść na stronę sklepu Steam i zobaczyć co się na niej znajduje. Informacja o Windows Live jest, chociaż mało widoczna, próżno szukać jakiejkolwiek informacji o limitach aktywacji. Nic, zero. Oczywiście pewnie gdzieś taką informację można wyszukać, w instrukcji, może na stronie wydawcy, pewnie w jakiejś recenzji w sieci. Liczy się jednak co widać na pierwszy rzut oka.

W tym momencie zdałem sobie sprawę, że gdybym wiedział o tym wszystkim, nie zdecydowałbym się na zakup tej gry. Zwyczajnie zrezygnowałbym, bo szkoda mi czasu na te wszystkie procedury i nie chce się dobrowolnie godzić na limit aktywacji gry, którą kupiłem. Dla mnie jest niepełnowartościowym produktem, skoro mówi mi, że mogę ją zainstalować ograniczoną ilość razy. Ja po prostu lubię często formatować dysk systemowy i nie lubię poczucia, że każdorazowo przy okazji coś tracę. Z tego co rozumiem, nie ma też możliwości dezaktywacji, w celu odzyskania wykorzystanych aktywacji.

Podsumowując, gra mogła uruchomić się w minutę po kliknięciu w ikonę, jak każdy program pozbawiony DRM i dać mi godzinę sympatycznej rozrywki. Tymczasem większą część czasu z wolnej na rozrywkę godziny poświęciłem na uruchomienie już zainstalowanej gry. Dodatkowo dowiedziałem się o ograniczeniach o których nie miałem pojęcia wydając swoje pieniądze. Żeby była janość, nie mam zarzutów wobec gry jako takiej, jest niezła, na ile mogłem to ocenić przez te 20 minut, które mi zostały. Rzecz w tym, że w mojej ocenie nie było warto przebijać się przez te wszystkie aktywacje, żeby się o tym przekonać.

Dlatego uważam, że obok PEGI przemysł elektroniczny powinien wprowadzić dodatkowe, równie widoczne oznaczenie informujące potencjalnego nabywcę o ilości kłopotów jakie go spotkają podczas instalowania i uruchomienia gry. Oczywiście powinien znaleźć się wielki czerwony znaczek, że gra posiada DRM, tak na wszelki wypadek. Dodatkowo powinien być drugi, informujący o limicie dostępnych aktywacji. Obie informacje powinny rzucać się w oczy równie mocno co sam tytuł gry i nie wymagać zagłębiania się w wymagania, żeby się tego dowiedzieć. Coś jak odpowiednik „Palenie powoduje raka i choroby serca”, tylko brzmiące „To oprogramowanie powoduje frustrację, ogranicza Twoją swobodę i marnuje Twój cenny czas”. Dodatkowo powinna być również czytelna informacja o konieczności instalacji określonych dodatków. Tym razem znaczki mogłyby być mniejsze, ale również widoczne, nie drobnym druczkiem. Jeśli ktoś uzna, że to za wiele oznaczeń, bo zajmą połowę powierzchni pudełka, widzę proste rozwiązanie – nie komplikować swoim klientom życia.

Wydawcy mogą być oporni wobec proponowanych zmian, bo informowanie wprost na co decyduje się klient może znacząco zmniejszyć sprzedaż. Sam ten fakt powinien dawać do myślenia. Może zatem jest to dobry pomysł na startup? Mogłaby powstać storna gromadząca informację na temat wszystkich tytułów gier i programów. Zwierałaby tylko informacje na temat uprzykrzających dodatków i pozwalałby błyskawicznie sprawdzić co nas czeka przed zakupem. Można to połączyć z mobilną aplikacją, rozpoznająca gry po obrazku na pudełku lub kodzie kreskowym. Ja bym z takiej strony korzystał regularnie, żeby nie dać się więcej wpuścić w kanał. Taki jestem dziwny, że nie zgodzę się na wszystko, byle tylko zagrać w grę. Dla mnie gra to produkt jak każdy, liczy się nie tylko grafika i fabuła, ale cały sposób użytkowania, przyjazność, wsparcie itd. Jak nie odpowiada moim wymaganiom, wolę ją sobie odpuścić.

Źródła grafik [1], [2], [3].