36

Play Pass od Google to smutny żart z porównaniem do Apple Arcade. Takimi zagrywkami mnie nie zachęcą

Play Pass miał być wielkim konkurentem Apple Arcade na Androidzie. Póki co to żadna konkurencja, postrzegam go jako zupełnie inną kategorię produktu.

Wczoraj w Stanach Zjednoczonych zadebiutował Google Play Pass. Usługa którą mimowolnie porównuje się do Apple Arcade. Obie w ramach abonamentu oferują dostęp do oprogramowania premium, rozumianego tutaj jako płatne, bez reklam i mikrotransakcji. Gigant z Cupertino, jak to ma w zwyczaju, zapowiedział usługę wcześniej, poźniej regularnie dbał o budowanie napięciu i hype’u. Premiera przebiegła gładko i nie ukrywam, że sam jestem bardzo zadowolony z ich podejścia do temu. Dużo bardziej, niż ma to miejsce w przypadku Google. I choć przy obecnym stanie naprawdę trudno jest narzekać na dobór tytułów, bo to w lwiej części fantastyczne gry i aplikacje, o tyle problemem jest dla mnie podejście do tematu. Zupełnie inne. Czy gorsze? To już kwestia preferencji — dla mnie, tak.

Zobacz też: Apple Arcade: najlepsze gry w które warto zagrać!

Play Pass ma być odpowiednikiem Apple Arcade, ale trudno mi je porównać

LIMBO, Stardew Valley, Wayward Souls, Terraria — to tytuły których nikomu przedstawiać specjalnie nie trzeba. Wszystkie są wysoko oceniane przez recenzentów i uwielbiane przez graczy — i to od lat. No bo właśnie, żaden z tych tytułów nie należy do najnowszych i jeżeli chodzi o mnie — trudno byłoby mnie zachęcić do subskrypcji tymi starociami, które znam od lat i ograłem (jak SW) już na kilku platformach. Rozumiem że dla wielu dostęp do takiej biblioteki za niespełna 25 złotych miesięcznie może być kuszący, bo to wciąż doskonałe gry, które w 2019 dostarczają równie dużo frajdy, co tych pięć czy sześć lat temu. Ale mówię: jestem z tych użytkowników, dla których to żaden wabik. I świetne aplikacje tego też nie zmienią: wszystkie na których mi zależy już od dawna mam kupione, choć nie ukrywam, że pozostałe chętnie sprawdzę.

Nie wierzę w to, że Apple Arcade zawsze będzie pachniało nowością i świeżością. Ba, zakładam, że pod względem ilościowym Play Pass zniszczy je ofertą. Już początek pokazuje jednak, że twórcy usługi podeszli do tematu ZUPEŁNIE inaczej. Na start otrzymaliśmy same świeżynki: lwia część gier zalicza dopiero swój debiut. Apple zadbało o to, by przyciągnąć najbardziej uznane mobilne studia. Nie wiem jak długo będą mieć tamtejsze tytuły na wyłączność, nie wiem ile ich to kosztowało, ale do osoby która na bieżąco ogrywa mobilne produkcje — to właśnie nowościami czuje się zachęcony do subskrypcji. A nie ogranymi juz po stokroć klasykami.

Najlepszą ilustracją różnic między obiema usługami niech będzie dostępność gier Dinosaur Polo Club czy UStwo. Apple zadbało o nowinki: u nich już można zagrywać się w Mini Motorways i Assemble With Care, zaś Play Pass oferuje (wciąż fenomenalne!) liczące sobie już kilka lat Mini Metro i Monument Valley 2. No ale to dopiero początek, może w przyszłości Google się postara i zawalczy nieco bardziej. Może.