15

Chcą zmusić Google do płacenia. Firma „eksperymentalnie” wycięła z wyszukiwania ich największe serwisy

google
Google, rzekomo w ramach eksperymentu, wycięło z wyników wyszukiwania największe Australijskie portale. Ma to nie mieć nic wspólnego z planowanymi regulacjami ws. opłat za korzystanie z ich materiałów przez giganta.

Chyba nie tylko ja odnoszę wrażenie, że w związku z przeciągającą się pandemią kwestie takie jak odpowiedzialność technologicznych gigantów wobec innych podmiotów, która była bardzo mocno poruszana na początku zeszłego roku, nieco zeszła na dalszy plan. Ludzie zwyczajnie zaczęli mieć nieco inne zmartwienia niż to, kto komu powinien płacić za treści, więc cała dyskusja na temat chociażby ACTA2. Jednak nie wszyscy o temacie zapomnieli całkowicie. Rząd Australii kontynuował bowiem swój pomysł na to, jak rozliczyć Google z korzystania z treści tamtejszych wydawców. Samą ideę opisywałem wam w lipcu, kiedy to został opublikowany projekt ustawy, nakładający na Google obowiązek umowy z wydawcami i przekazywania im opłat. Wielu z was sądziło, że Google w takim wypadku po prostu wyłączy tamtejsze portale z wyszukiwania. I jak się okazało – częściowo mieliście rację.

Google pokazuje swoją siłę, ale robi to w białych rękawiczkach

Już od momentu zapowiedzi projektu ustawy wymuszającej na gigancie wykupywanie treści, Google miało na stronie głównej hasło „the way Aussies search every day on Google is at risk”. Wczoraj strona Australian Financial Review doniósł, że coś zmieniło się w sposobie, w jaki Google wyświetla linki do australijskich portali, a właściwie – że nie pokazuje ich w ogóle. Portal zdecydował się zapytać Google, co taka sprawa ma oznaczać. Rzecznik prasowy giganta przyznał, że w tym momencie firma prowadzi kilka eksperymentów, których efekty mogą w jakiś sposób dotknąć 1 proc. użytkowników w Australii. Dodał też, że firma podobnych eksperymentów przeprowadza na całym świecie tysiące i że nie jest to w żaden sposób skierowane przeciwko australijskim wydawcom. Ba, dodał, że wartość ruchu, który trafia do wydawców dzięki przeglądarce w samym tylko 2018 r. to ponad 200 mln dolarów.

google

Można więc teraz wybrać dwie drogi. Albo uwierzyć Google, że faktycznie pracuje nad optymalizacją silnika i zniknięcie australijskich mediów z wyszukiwarki jest przypadkiem, albo też – tak, jak odebrali to Australijscy wydawcy, jako pierwszy z pokazów siły międzynarodowej korporacji, który jest wyraźnym sygnałem do tego, by porzucić pracę nad regulacjami. I tak właśnie odebrali to australijscy wydawcy. Ich zdaniem Google chce pokazać, że jest potrzebne jako źródło ruchu i groźbą jego utraty zmusić wydawców, by ci uznali obecny stan za korzystny.

Google nie chce powtórki z Europy

W lipcu pisałem, że przepisy w Australii mają szansę powodzenia. Dalej tak uważam, zwłaszcza, że w międzyczasie mieliśmy do czynienia z precedensem. Google bowiem zostało zmuszone do tego, by negocjować stawki z francuskimi wydawcami. Póki co, na liście jest 6 największych francuskich portali, ale lista ta prawdopodobnie niedługo się rozszerzy. Jeżeli za Francją pójdą inne kraje Unii, może okazać się, że budżet firmy mocno się w kolejnych latach uszczupli. Nic dziwnego, że Google nie chciałoby, by w Australii stało się podobnie.

Innymi słowy – wojna o naprawdę duże pieniądze wciąż trwa i każda ze stron używa wszystkich dostępnych środków do tego, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Pomimo tego, że Google może w każdej chwili wyciąć ruch ze swojej wyszukiwarki dla dowolnego portalu, to moim zdaniem obecnie bliżej zwycięstwa są wydawcy, którzy mają po swojej stronie prawo. Wątpię jednak, by definitywny koniec tego sporu nastąpił w jakiejkolwiek bliskiej przyszłosci.